Na Śląsku nominowano pięcioro nauczycieli do Nagrody im. Profesora Józefa Pietera. W opisie padają metody, które dobrze brzmią także poza pokojem nauczycielskim: ułamki w pizzerii, historia z pamiętników dziadków, wiedza podawana przez doświadczenie, nie przez sam podręcznik. To jest news o szkole, ale z bardzo kościelnym podtekstem: lokalność, pamięć, wspólnota i starsi jako nośnik prawdy. Taki zestaw instytucje wyczuwają szybciej, niż zdążą go nazwać programem.

Całkiem prawdopodobne, że jeszcze przed piątkiem któraś ze śląskich kurii albo wydział katechetyczny zaprosi przynajmniej jedną z nominowanych osób na jesienny dzień skupienia nauczycieli lub konferencję dla katechetów i wychowawców. Nie po to, by mówić o matematyce. Po to, by pokazać gotowy język dla własnej obrony: szkoła „blisko życia”, „zakorzeniona”, „międzypokoleniowa”, najlepiej z dziadkiem, zeszytem i drożdżówką w jednym zdaniu. Mikro-sygnał jest prosty: akurat te wyróżnione metody dają się bez oporu ochrzcić jako wychowanie, nie sama dydaktyka.

Skutek będzie namacalny. W ciągu 1–2 dni pojawi się konkretne zaproszenie lub patronat kościelnej instytucji przy jednym z tych nazwisk, a świecka nagroda zacznie pracować jako argument w sporze o to, kto jeszcze umie opowiadać dzieciom świat. Ambona weźmie z tego pamiętnik dziadka. Ławka pewnie pizzę.