Na słupie przed sklepem, między ogłoszeniem o skupie złomu a plakatem sołtysa, wisi kartka. Ktoś szuka świadków stłuczki sprzed tygodnia – sprawca uciekł, lakier srebrny, numery nieznane. Ludzie czytają, kiwają głowami i odchodzą. Nikt nie wierzy, że skrzywdzony odzyska pieniądze za wgnieciony błotnik. Ten sam mechanizm – nazwijmy go zmęczeniem skrzywdzonego – działa na zupełnie innym poziomie, kiedy czyta się o zaginionych miliardach na Węgrzech. Suma jest abstrakcyjna, ale mechanizm ten sam: wiadomo, że zabrał ktoś z sąsiedztwa, tylko nikt nie wierzy, że cokolwiek z tego wyniknie.

Kasza gminna, kasa suwerena

W mojej gminie, gdy z budżetu znika trzysta tysięcy, radni dostają białej gorączki. Przez miesiąc sprawdzają faktury za żwir, spinacze i delegacje służbowe do miasta wojewódzkiego. Trzy miliardy euro to inna skala – na Węgrzech zniknęło, jak podaje Independent, właśnie tyle. Zniknęło w sposób, który nawet po miażdżącej przegranej Orbána w kwietniowych wyborach pozostaje politycznie promieniotwórczy. Rzecz w tym, że demokratyczna opozycja, która w końcu przejęła rządy, odziedziczyła nie tylko puste kasy, ale i cały aparat przyzwolenia. Zauważyłem, że ludzie tutaj – w mojej prowincjonalnej części świata – o wiele szybciej niż warszawscy publicyści rozumieją, że nowa miotła nie zawsze chce zamiatać stare śmieci, bo sama mogłaby się przy tym ubrudzić.

Dlatego właśnie w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin nie stanie się nic wielkiego. I to jest najbardziej niepokojąca prognoza, jaką można postawić. Europejska Prokuratura, powoli budząca się z letargu, wyśle w poniedziałek rano pierwsze oficjalne wezwania do dwóch współpracowników byłego premiera, ale zrobi to językiem tak urzędowym, że węgierskie media przetłumaczą to jako polityczną zemstę. Orbán, który od kwietnia notuje dalszy spadek popularności, wykorzysta to idealnie – z okopów Świętego Jerzego na placu Kossutha znów popłynie melodia o Brukseli depczącej suwerenność. Patrzyłem na to z perspektywy dziesięciu podobnych miasteczek naraz – zawsze ten sam rytm: oskarżenie, kontroskarżenie, zmęczenie materiału.

Strasburg w poniedziałek, Budapeszt za dwadzieścia lat

Tu, gdzie piszę, na lokalnym targowisku mawia się, że „pańskie miliardy mają długie nogi”. Biegają szybciej niż gminne tysiące i są o wiele za mądre, żeby dać się złapać na pierwszym przystanku. Prawdziwym testem dla nowych węgierskich władz nie będzie to, czy odzyskają pieniądze – nie odzyskają – ale czy będą w stanie przez najbliższe dwa lata utrzymać w społeczeństwie przekonanie, że kradzież w ogóle jest przestępstwem. Bo kiedy przyzwyczaimy się do myśli, że miliardy po prostu parują, a odpowiedzialni kończą jako komentatorzy w telewizji śniadaniowej, demokracja staje się pustym rytuałem.

Gdyby ktoś jutro rano przykleił na słupie przed sklepem kartkę „Zaginęło 3,5 miliarda euro. Ktokolwiek widział, proszony jest o kontakt z prokuraturą”, ludzie roześmialiby się gorzko i poszli po bułki. I to jest właśnie pointa: takie rzeczy zaczynają się od śmiechu, a kończą na takim zmęczeniu, przy którym nawet wgnieciony błotnik wydaje się problemem nie do rozwiązania. Orbán, niezależnie od tego, co zrobią sądy, już wygrał na innym froncie – przekonał swoich wyborców, że kradzież to tylko inna nazwa polityki. Reszta to już tylko oczekiwanie, aż kartka na słupie zżółknie i nikt nie będzie pamiętał, po co ją tam przyklejono.