W poniedziałkowy wieczór na łódzkim osiedlu Stoki rozległ się głośny huk. Z ulicy Górskiej wystrzeliła w powietrze chmura piasku i drobnych kamieni, opadając na zaparkowane auta. Trzy pojazdy mają wgniecioną karoserię. Nikomu nic się nie stało, a po zdarzeniu został krater w jezdni i milczenie służb.

Miejskie spółki doskonale wiedzą, która zapomniana instalacja ciśnieniowa pod asfaltem nie wytrzymała naporu. Przyznanie się do zaniedbań oznacza jednak lawinę roszczeń majątkowych od właścicieli aut. Zadziała więc instynkt biurokratycznego przetrwania. Ratusz zakwalifikuje pęknięcie jako spontaniczną anomalię geologiczną. Urząd wyda dokument o naturalnym rozprężeniu gruntu, by elegancko przenieść odpowiedzialność za powybijane szyby na siłę wyższą.

Ten papierowy unik uderzy w twardy front pracowniczy. Jeśli osiedle to oficjalnie teren aktywności sejsmicznej, codzienne sprzątanie go podlega prawu górniczemu. Związkowcy z łódzkiego zakładu oczyszczania błyskawicznie odrobią lekcję z przepisów. Z początkiem lipca poranna zmiana śmieciarek zablokuje bramę zajezdni. Zamiatacze odmówią wjazdu na Stoki bez wypłaty specjalnego dodatku za pracę w warunkach odkrywkowych i twardych gwarancji wcześniejszych emerytur. Zwykły strach dyrektora przed opłaceniem blacharza wykreuje w centrum kraju radykalny odłam braci górniczej.