Polregio ogłasza wymianę taboru jako najważniejsze wyzwanie – i bardzo dobrze. Problem zacznie się tam, gdzie nowoczesny, dłuższy o cztery metry skład przyjedzie na stację, której peron pamięta rozkład jazdy z 1987 roku. W dwóch gminach na ścianie wschodniej okaże się, że ostatni wagon zatrzymuje się prosto w pokrzywach, a konduktor nie ma jak bezpiecznie wypuścić pasażerów. Ktoś wyciągnie z szopy starą blokadę kolejową z czasów, gdy protestowano przeciwko likwidacji połączeń.
Nie miną dwa tygodnie, a sołtysi obu miejscowości zwołają zebranie wiejskie, które podejmie uchwałę o obywatelskiej blokadzie torów w godzinach porannego szczytu. Frekwencja dopisze, bo nikt nie chce dojeżdżać do pracy z tylnego zderzaka składu wystającego za peron. Do akcji przyłączą się myśliwi, którzy w ramach protestu przeciwko hałasowi nowych jednostek rozstawią ambony wzdłuż nasypu – a koło łowieckie od dawna ma zgodę na polowanie zbiorowe w tym rejonie. Absurd stanie się faktem administracyjnym.
Trudno wykluczyć, że Polregio w trybie pilnym wystąpi o dofinansowanie na tymczasowe perony kontenerowe, a w odpowiedzi lokalny artysta ogłosi, że kontener zasłoni jedyny mural upamiętniający parowóz z 1947 roku. Ministerstwo Infrastruktury powoła wtedy pełnomocnika ds. dialogu z zablokowanymi torami – bo procedura wymaga, by każdy kryzys miał swojego opiekuna. Pierwszy pociąg stanie przed ósmą rano. Drugi już nie zdąży wyjechać z zajezdni.
