Na Wyspach Liparyjskich trwa spór o to, czy budować nowe odsalarnie, czy też dalej dowozić wodę statkami. Obecnie za transport odpowiada ministerstwo obrony, ponosząc koszt 14 euro za metr sześcienny – siedmiokrotnie wyższy niż koszt wody z odsalania. Gdy w zeszłym tygodniu sztorm odciął Stromboli od świata, restauracje przestały działać, a zbiornikowce nie mogły zacumować.

Ministerstwo obrony nie ogłosi tego wprost – po prostu w dorocznym przeglądzie zdolności operacyjnych, planowanym na koniec lipca, skieruje jednostki pomocnicze zaangażowane w transport wody do zadań patrolowych na Morzu Śródziemnym. Oficjalny powód: rosnące zapotrzebowanie operacyjne. Rzeczywisty katalizator: rachunek za paliwo i dni spędzone w morzu, które łatwiej przypisać konkretnym zadaniom wojskowym niż cywilnej misji humanitarnej.

W ciągu tygodnia rada miejska Lipari, która wcześniej wahała się przed podjęciem decyzji o budowie czterech nowych odsalarni, przegłosuje ten plan w trybie nadzwyczajnym. Gdy z horyzontu zniknie okręt zaopatrzeniowy, argument o „lepszym zarządzaniu popytem turystycznym” natychmiast przestanie mieć znaczenie. Marynarka odzyska swój zbiornikowiec, archipelag dostanie instalacje, a turyści nawet nie zauważą, że o ich wodę pitną przez chwilę rywalizowały dwie racje stanu. Kiedy godziny pracy jednostki pływającej przelicza się na euro, państwo zaczyna kalkulować, komu tak naprawdę służy.