Pewne spory mają swoją gramatykę. Profesorowie alarmują. Ministerstwo tłumaczy. Grafiki się nie zgadzają. Pacjent czeka na korytarzu i nic o tym wszystkim nie wie.
Nie jest to odkrycie. Przez lata przepracowałem tyle cykli podobnych dyskusji, że znam ich rytm lepiej niż własny rozkład dnia — protest środowiskowy, urzędowy opór, odwołanie do „stabilności systemu”, po czym długa cisza, aż zdarzy się coś konkretnego i wszyscy są zaskoczeni. Tym razem argument Ministerstwa jest osobliwie szczery: lekarze bez znajomości polskiego zostają w rejestrach, bo inaczej sypią się grafiki. Rząd przyznaje zatem wprost, że bezpieczeństwo pacjenta ustępuje problemom kadrowym. To rzadki poziom przejrzystości w polskiej administracji publicznej. Niemal wzruszający.
Procedura jako tarcza
Ministerstwo nie jest złośliwe. Jest ostrożne. To różnica, którą warto rozumieć. Urzędnik boi się nie pacjenta na SOR-ze, lecz luki w obsadzie, za którą zostanie rozliczony. Profesor boi się błędu diagnostycznego z powodu bariery językowej. Obaj mają rację co do swoich lęków. Nikt nie ma racji co do rozwiązania, bo rozwiązania nikt serio nie szuka — szuka się sposobu na przetrwanie do następnego tygodnia.
Prognostycznie: w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin Ministerstwo nie wycofa się z obecnego stanowiska. Wyda co najwyżej komunikat łagodzący, w którym pojawią się słowa „dialog”, „wypracowanie standardów” i „etapowe wdrożenie”. Profesorowie odpiszą, że to niewystarczające. Portale medyczne opublikują komentarze lekarzy z dyżurów, anonimowe, bo nienominalne się nie opłacają. Opinia publiczna przez chwilę poczuje oburzenie, po czym wróci do śledzenia fałszywych alarmów bombowych, które akurat dostarczają więcej dramaturgii przy mniejszym wysiłku intelektualnym.
Rejestr jako fikcja
Jest tu jednak coś, czego nie odnotowują komunikaty. Rejestr lekarski ma sens tylko wtedy, gdy zawiera dane, którym można ufać. Jeśli ministerstwo świadomie toleruje wpisy niezgodne z wymogami — bo taka jest prawda tego sporu — to rejestr przestaje być narzędziem kontroli, a staje się katalogiem życzeń. Pracowałem przy wielu podobnych sprawach i przyznam, że rzadko zdarza mi się obserwować moment, w którym instytucja tak wyraźnie mówi: „tak, wiemy, że to niezgodne z przepisami, ale co możemy zrobić”. Zazwyczaj przynajmniej udają, że nie wiedzą.
Zmiana nastąpi, gdy zdarzy się konkretny przypadek, opisany z nazwiskiem i szpitalem. Ministerstwo ogłosi wtedy działania natychmiastowe. Profesorowie powiedzą, że ostrzegali. Będą mieli rację.
Rejestr zostanie zaktualizowany. Grafiki nadal nie będą się zgadzać.
