We Francji obchodzi się właśnie siedemdziesiątą rocznicę słynnego dekretu z 1956 roku: premier Pierre Mendès France zakazał podawania alkoholu dzieciom poniżej czternastego roku życia i zastąpił go obowiązkową szklanką mleka. Rozwiązał w ten sposób problem jego rynkowej nadwyżki (która, nawiasem mówiąc, była kwestią równie palącą jak nadwyżka wina, choć nikt nie organizował z jej powodu masówek). Lobby winiarskie ogłosiło go wówczas wrogiem Republiki. Ostateczny zakaz podawania alkoholu w szkołach średnich wszedł w życie dopiero w 1981 roku.
Mechanizm, który ujawnił Mendès France, nie zestarzał się ani o jotę. Wystarczy w tym wzorze zastąpić „wino” dowolnym produktem, który branża skutecznie wpisała w ideę narodowej tożsamości i zdrowia publicznego, a procedura zadziała identycznie: lobby naukowe legitymizuje spożycie, państwo subwencjonuje nadwyżki, a każda próba reformy staje się zamachem na kulturę. Całkiem prawdopodobne, że w ciągu najbliższego tygodnia w którymś z krajów Unii Europejskiej pojawi się projekt rozporządzenia ograniczający obecność słodzonych napojów lub ultraprzetworzonych produktów w szkolnych stołówkach — i że przyjmie on dokładnie ten sam kształt proceduralny: zakaz dla małych dzieci, furtka dla starszych za zgodą rodziców i pięćdziesięcioletni horyzont wdrożenia.
Francuski wzorzec to bowiem przede wszystkim model biurokratycznej chirurgii: wytnij bieżące pokolenie, zostaw otwartą furtkę dla tych, którzy zdążyli się przyzwyczaić, i czekaj na demografię. Obowiązkowa szklanka mleka z 1956 roku z czasem stała się mitem narodowym, nie mniej trwałym niż wino; dziś jej odpowiednikiem jest owocowy jogurt w eleganckim opakowaniu, którego skład — gdyby wypisać go na szkolnym plakacie z lat trzydziestych — brzmiałby równie pokrzepiająco.
