Mołdawia to dziś jeden z najszybciej wyludniających się krajów na świecie. Od uzyskania niepodległości w 1991 roku jej populacja skurczyła się z niemal czterech i pół do niespełna trzech milionów. W niektórych wsiach nie można już zebrać ośmiu mężczyzn zdolnych wykopać grób zgodnie z lokalnym obyczajem — co stanowi niedogodność natury nie tylko kulturowej, ale i logistycznej. Rząd ogłosił programy zachęt dla powracających: ulgi podatkowe, stypendia oraz coraz bardziej europejski Kiszyniów w charakterze opakowania.

Te rządowe programy nakręcą teraz spiralę, której ich twórcy prawdopodobnie nie przewidzieli. Państwa Unii Europejskiej — Rumunia, Włochy, Niemcy — rejestrują mołdawskich imigrantów jako legalnych pracowników lub obywateli i pobierają od nich składki. Gdy Mołdawia uruchomi formalne ścieżki powrotu z gwarancją zatrudnienia i uznawaniem kwalifikacji, zachodnie systemy opieki społecznej odnotują odpływ płatników, którzy od lat subsydiowali tamtejsze rynki pracy jako opiekunki domowe i robotnicy budowlani. Włoski system opieki długoterminowej, od dekad spoczywający na barkach mołdawskich kobiet (świadczących usługi znacznie taniej niż jakakolwiek instytucja publiczna), stanie przed rachunkiem za wieloletnie zaniechania — rachunkiem, którego nie da się uregulować jedną ustawą.

Najprawdopodobniej w ciągu najbliższego tygodnia co najmniej jedna zachodnia organizacja branżowa — reprezentująca sektor opieki domowej lub budownictwa — złoży w swoim resorcie pracy wniosek o wpisanie Mołdawii na listę krajów priorytetowych przy wydawaniu nowych wiz pracowniczych. Nie po to, by powstrzymać powroty. Po to, by wyprzedzić je ofertą, której Kiszyniów nie zdoła przebić. Mołdawia odkryje wówczas, że jej program repatriacji uruchomił przetarg na jej własnych obywateli — i że przetarg ten ogłosił ktoś inny.