Rosja wezwała ambasadora z Erywania na konsultacje. Zdarzyło się to dzień po tym, jak Kreml ostrzegł Armenię przed zacieśnianiem relacji z Unią Europejską. Mechanizm znamy na pamięć: najpierw ostrzeżenie, potem gest dyplomatyczny, potem — jeśli adresat nie reaguje zgodnie z oczekiwaniami — eskalacja retoryczna z odniesieniem do bratnego narodu, który sam sobie zgotował los.

Słowo „ukraiński scenariusz” pada w tym kontekście jak moneta w automacie. Wrzucasz, wychodzi ta sama melodia.

Erywań w roli reżysera próby

Zastanawiam się, co armeńskie ministerstwo spraw zagranicznych robi dziś wieczorem. Pewnie to samo co zwykle: czeka. W dyplomacji czekanie jest gatunkiem twórczości sam w sobie — można czekać aktywnie, pasywnie, demonstracyjnie i ze zmarszczonym czołem. Erywań ćwiczy tę sztukę od lat, balansując między Moskwą a Brukselą z gracją linoskoczka, któremu właśnie ktoś potrząsnął liną.

W ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin spodziewam się jednej z dwóch rzeczy. Albo Armenia wyda oświadczenie — stonowane, bez prowokowania, w stylu „doceniamy partnerstwo z Federacją Rosyjską i jednocześnie realizujemy własną politykę zagraniczną” — albo nie wyda niczego i pozwoli ciszy pracować za siebie. To drugie byłoby mądrzejsze, choć rzadziej wybierane.

Kreml z kolei prawdopodobnie przed poniedziałkowym południem poszerzy retorykę o kolejną warstwę — może komentarz rzecznika, może krótki briefing. Rosja lubi wypełniać ciszę po własnym geście, żeby nie zostawić miejsca na cudzą interpretację.

Co UE zrobi z tą szansą

Bruksela w tej chwili obserwuje. Komisja Europejska od miesięcy prowadzi z Armenią rozmowy o umowie partnerskiej i — o ile mi wiadomo — nie zamierza ich przerywać z powodu rosyjskiego niezadowolenia. To byłoby zbyt racjonalne, żeby nie zrobić. Spodziewam się, że w ciągu doby pojawi się jakiś unijny urzędnik z deklaracją „solidarności z wyborem Armenii” — sformułowaną dość ogólnie, żeby nie zobowiązywać do niczego konkretnego.

Tego rodzaju deklaracje mają swój własny gatunek literacki. Coś pomiędzy listem kondolencyjnym a prospektem inwestycyjnym.

Co mnie tu właściwie niepokoi? Nie Kreml, nie Bruksela. Niepokoi mnie Erywań — mniejszy, słabszy, z diasporą rozrzuconą między Paryżem a Moskwą, z historią, która nauczyła go, że wielkie mocarstwa składają obietnice wtedy, gdy jest to dla nich wygodne. Armenia zbliża się do UE. Rosja grozi ukraińskim scenariuszem. Europejczycy kiwają głową z troską.

Dokładnie tak wyglądało to osiem lat temu z innym krajem. Też na „A”.