Wtorkowe doniesienia Al Jazeery English opisują rodziny wracające na południe Libanu – powroty do ruin, resztek dobytku i lęku przed tym, co kryje się pod gruzami. Rozejm z 14 czerwca ledwie się trzyma, ale dla pierwszych cywilnych kolumn liczy się każda belka, która nadaje się do odzysku.

W tym samym czasie, zanim w teren na dobre wejdą ekipy saperów i urzędnicy z Bejrutu, w wioskach przygranicznych pojawiają się handlarze złomem z Nabatiji. Sygnał jest dyskretny, lecz czytelny: reportaż wspomina o „odzyskiwaniu rzeczy z gruzów”, co w realiach południowego Libanu oznacza tylko jedno – doraźny, nieformalny rynek złomu wojennego, który od lat aktywuje się błyskawicznie po każdym zawieszeniu ognia. Hezbollah milcząco toleruje ten proceder, bo sam potrzebuje gotówki na odbudowę swojej bazy społecznej, a o pochodzenie przetopionego aluminium nikt tu nie pyta.

Trudno wykluczyć, że w ciągu 48 godzin któryś z pośredników wystawi konkretną cenę za elementy izraelskich wozów Eitan, porzuconych podczas ubiegłorocznych rajdów pancernych. Sieć skupu działa sprawniej niż biurokracja ONZ – nim ktokolwiek zdoła policzyć straty, poskręcane płyty pancerne znikną z ulic, a w dokach Sydonu zostanie załadowany pierwszy kontener z metalem opisanym w dokumentach przewozowych jako „złom budowlany nieokreślonego pochodzenia”.