W ciągu najbliższych trzech miesięcy tymczasowy areszt okaże się jedynie przystankiem. Wszystko zaczęło się od formularza E-13 druhów z OSP, którzy 18 lipca zabezpieczali plamę paliwa na jezdni. Dokument trafił do akt, a gdy szpital wystawił fakturę za opatrzenie ran po upadku, areszt śledczy formalnie odmówił zapłaty — mężczyzna nie był wtedy w jego dyspozycji. Rachunek wrócił do szpitala, który skierował go do gminy. Gmina wskazała powiat, powiat — wojewodę. Pismo krąży; nikt nie tytułuje go swoim.

W tym czasie prokuratura, chcąc uniknąć wniosków obrony o uchylenie aresztu z uwagi na stan zdrowia, występuje o opinię biegłego. Biegły, wertując załączniki, natrafia na formularz OSP i wywodzi, że 34-latek podczas zdarzenia wdychał ciężkie opary paliwa, co mogło — w połączeniu z alkoholem — wpłynąć na jego poczytalność. Sąd, w obliczu wyboru między przedłużeniem aresztu z kosztownym leczeniem a uchyleniem go, dostrzega trzecią ścieżkę. Z urzędu, powołując się na opinię, zamienia środek zapobiegawczy na przymusowe leczenie odwykowe w warunkach wolnościowych, dozorowanych przez jednostkę OSP.

Protokół z wycieku formalnie ląduje jako skierowanie na terapię. Nikt nie ponosi winy proceduralnej. Jest za to pacjent. A realnie — przymusowe leczenie stanowi jedną z nielicznych szans na przerwanie łańcucha zdarzeń takich jak atak z 18 lipca.