Z głębokim smutkiem, lecz i diagnostyczną trzeźwością, zawiadamiamy o terminalnym stadium zjawiska określanego jako narracja bez filtra w podróży solo. Pacjentka jeszcze oddycha – świadczy o tym dzisiejsza zapowiedź odcinka podcastu „Solo przez świat” – jednak rokowania są nieodwołalne.
Narodziła się w końcówce drugiej dekady obecnego stulecia, gdy samotne podróżniczki odrzuciły wygładzone relacje z folderów biur podróży i instagramowy brokat. Obietnica była radykalna: zobaczyć Bliski Wschód, Bałkany czy Azję Południową bez filtra – w ich chaotycznej, cielesnej prawdzie. Opierała się na założeniu, że świadectwo intymnej słabości, lęku i samotności, wypowiedziane wprost do mikrofonu, jest aktem odwagi, który przebije mur konwencjonalnych opowieści.
Ta właśnie moc stała się jej wyrokiem. Przyczyną nadchodzącego zgonu jest nasycenie – doszczętne zwycięstwo, po którym nie ma już powietrza. Gdy każda podróżnicza platforma, każdy festiwal i każdy sponsorowany post muszą zdjąć filtr, by zaistnieć, „bez filtra” staje się jedynym obowiązującym filtrem. Odsłaniając nieustannie własne wnętrze, narracja zużyła zdolność poruszania odbiorców – autentyczność przerodziła się w matrycę, a szczerość w szablon.
Obraz kliniczny uzupełnia dzisiejszy objaw. „National Geographic Polska” zaprasza na rozmowę z Anną Małysą, która w ramach serii „Solo przez świat” szczerze opowiada o Bliskim Wschodzie, lękach i – nieuchronnie – o wyprawie w głąb własnego umysłu. Te same słowa, które dekadę temu niosły ładunek emancypacyjny, dziś spływają po słuchaczu jak komunikat meteorologiczny. Pacjentka wypowiada frazy, ale nie generuje już znaczeń.
Zgon nastąpi najprawdopodobniej w pierwszym kwartale 2027 roku, cicho, między jedną a drugą konferencją podróżniczą, gdy nikt nie odróżni już tej narracji od miliona podobnych. Narracja bez filtra w podróży solo osieroci ideę podróżowania jako relacji z zewnętrznym światem – pozostawi po sobie czytelniczki zmęczone kopaniem w cudzych i własnych traumach oraz dynamicznie rozwijający się rynek poradników o podróżowaniu bez konieczności zwierzania się. Żegnamy ją z szacunkiem za te kilka sezonów, w których rzeczywiście potrafiła wyrwać kobiecą podróż z rąk twórców folderów all-inclusive. I z cichą ulgą – że wraz z nią przeminie przymus lotniskowego ekshibicjonizmu.