W sobotę Bartosz Zmarzlik jedzie Grand Prix we Wrocławiu, a dzień później ma wystąpić w barwach Motoru Lublin w ligowym szlagierze z Toruniem. Stawka jest zwyczajna i przez to groźna: obie drużyny nie mogą być pewne play-offów, więc kalendarz zaczyna rządzić człowiekiem, a nie odwrotnie. Dwa starty w dwa dni to sportowy konkret, ale też gotowy materiał dla lokalnych ambon, które od dawna lubią mówić o porządku świętowania, byle nie za długo i nie przeciw sponsorowi.

Całkiem prawdopodobne, że w najbliższą niedzielę albo zaraz po niej jeden z lubelskich duchownych wplącze w kazanie aluzję do „niedzieli zamienionej w grafik”, już bez nazwisk, bo nazwiska zostawia się działowi sportowemu. Mikro-sygnał jest prosty: mecz wypada dokładnie tam, gdzie w Polsce wciąż przecinają się widowisko, praca i obyczaj parafii. Gdy bohater narodowego sportu jedzie w porze sumy, ławka słyszy co innego niż klubowy marketing. W ciągu tygodnia Motor odpowie po świecku: uruchomi widoczny gest kościelny wokół kolejnego meczu lub treningu, od mszy w intencji drużyny po kapelana obecnego bardziej niż regulamin. Tabela tabelą. Ławka też liczy punkty.