Obywatelska transparentność, wieloletnia towarzyszka demokratycznych nadziei, dogorywa. Zgon, choć jeszcze nieogłoszony urzędowo, jest już nieuchronny – rozpisany na rubryki przyszłych rozporządzeń i przypieczętowany logiką własnej ewolucji. Pacjent oddycha dziś jeszcze siłą przyzwyczajenia, ale jego los jest już jednoznacznie przesądzony.

Narodziła się w przełomowych latach dziewięćdziesiątych, gdy społeczeństwa odkrywały, że dostęp do informacji bywa skuteczniejszy niż niejeden trybunał. Obiecywała, że światło słoneczne zastąpi rewolucję: wystarczy odsłonić mechanizmy władzy, ujawnić konflikty interesów czy opublikować pensje urzędników, by przywileje skurczyły się pod ciężarem obywatelskiego spojrzenia. Jej nośnym założeniem było przekonanie, że jawność sama z siebie wyrównuje szanse – im więcej danych w otwartym obiegu, tym mniej przestrzeni dla patologii i układów. Na tej obietnicy zbudowała autorytet, który przez trzy dekady nadawał ton debatom publicznym, reformom sektora państwowego i nowym standardom etycznym.

Tego założenia nie podmywa wrogi przeciwnik ideologiczny, lecz instytucjonalne spełnienie. Obywatelska transparentność umiera przez instytucjonalizację – ten sam mechanizm, który zamienia spontaniczny odruch solidarności w procedurę HR i certyfikat jakości. Gdy w Sejmie procedowana jest ustawa zobowiązująca do gromadzenia danych o zarobkach lekarzy w powiązaniu z numerem PESEL, transparentność przestaje być aktem wyboru i moralnej presji – staje się obowiązkowym monitoringiem. Od tego momentu nie emancypuje, lecz ewidencjonuje; nie rozbraja hierarchii, tylko przetwarza ją w scentralizowany rejestr. To nie jest już obywatelskie spojrzenie rzucające światło na władzę – to władza spoglądająca wprost w indywidualny numer statystyczny obywatela.

Wczorajsza scena w komisji zdrowia jest objawem terminalnym. Projekt, który rząd przyjął we wtorek, w środę bez widocznego oporu przeszedł pierwsze czytanie – poprawka opozycji trafiła do kosza tak gładko, jakby transparentność dawno przestała być przedmiotem sporu, a stała się administracyjnym odruchem. Pacjent jeszcze przełyka, daje znaki życia w wystąpieniach ekspertów i publicystycznych apelach, ale jego puls wyznacza już tylko tempo prac legislacyjnych.

Zgon przewidywany jest na wiosnę 2027 roku, gdy pierwsze bazy powiążą wysokość wynagrodzeń z jedenastocyfrowym identyfikatorem, a codzienna praktyka uczyni z tej rejestracji element przezroczystego krajobrazu. Wtedy obywatelska transparentność przestanie odróżniać się od zwykłego nadzoru i odejdzie cicho, bez świadków.

Pozostawia w żałobie tych, którzy wierzyli, że jawność można karmić wyłącznie oddolnym oburzeniem i dobrowolnymi deklaracjami. Osierociła już ruch strażniczy, sfrustrowane redakcje i garść prawników pamiętających, że przejrzystość miała służyć słabszym, a nie uzbrajać centralny indeks. Na jej miejsce wstępuje technokratyczny monitoring wynagrodzeń – chłodny, skuteczny i całkowicie pozbawiony obietnicy, która kiedyś czyniła z jawności cnotę.