Dziennikarz Patryk Michalski w TVN24 użył sformułowania „odczłowieczające słowa” — wprost, bez cudzysłowu ochronnego — komentując niedzielne przemówienie ojca Tadeusza Rydzyka na Jasnej Górze. Słowo padło jako kwalifikacja, nie jako opis. Nie „kontrowersyjne”, nie „krzywdzące” — choć to drugie pojawiło się obok. „Odczłowieczające” zajęło pozycję centralną.

Można było powiedzieć „stygmatyzujące” — słowo kliniczne, które odsyła do socjologii i nie wymaga etycznego wyroku. Można było powiedzieć „dyskryminujące” — to prowadzi natychmiast do prawa, do ustaw, do procedur. Można było zostać przy „krzywdzącym” — łagodniejszym, emocjonalnym, trudnym do zanegowania, ale też trudnym do zapamiętania. Wybór „odczłowieczającego” zamknął wszystkie te ścieżki jednocześnie i otworzył jedną: moralną.

„Odczłowieczające” to słowo z repertuaru badań nad eksterminacją i propagandą nienawiści. Kiedy dziennikarz sięga po nie w kontekście kazania, robi kilka rzeczy naraz: kalibruje historyczny ciężar wypowiedzi Rydzyka, sygnalizuje redakcyjną gotowość do eskalacji języka i — przede wszystkim — przenosi ciężar dowodu. Teraz to nie komentator musi uzasadniać ocenę. To podmiot krytyki musi wykazać, że jego słowa nie odebrały komuś człowieczeństwa. Retoryczne pole zostało przeprojektowane.

W ciągu najbliższych 48 godzin słowo wróci w dwóch miejscach. Pierwsze: kręgi zbliżone do Rydzyka i prawicowe portale podejmą je jako dowód na „wrogość mediów” — i tu stanie się amunicją zwrotną, co wzmocni jego obieg. Drugie: organizacje LGBT i środowiska pro-choice użyją go jako legalnego cytatu-kotwicy w kolejnych komunikatach. Słowo zniknie z pierwszych stron, gdy Rydzyk lub jego instytucja odpowie — każda odpowiedź zresetuje ramę. Jeśli odpowiedzi nie będzie, „odczłowieczające” pozostanie aktywne do końca tygodnia.