Mechanika była prosta. Resort edukacji usuwa z rejestru byt prawny zwany „Domami Wczasów Dziecięcych”, a wraz z nim znika zdolność państwa do dostrzeżenia dziecka oddychającego lasem poza sanatoryjnym łóżkiem. Niepisana reguła systemu mówi bowiem, że czego nie ma w delegacji ustawowej, tego nie ma w krajobrazie. Resort zdrowia, zmuszony przejąć ciężar oddechu, ogłosi wkrótce potem, że każdy dziecięcy wyjazd bez zabiegu jest marnotrawstwem tlenu. Sanepid rozpocznie standaryzację turnusów w kategoriach „ozdrowieniec A” i „ozdrowieniec B”, a gminy otrzymają normatywy inhalacji na hektar.

Rzeczywista stawka nie leży jednak w dziwaczności przyszłych okólników. Znika ostatni relikt powojennej infrastruktury wyrównawczej, która po cichu odciążała płuca dzieci z blokowisk i uczyła je, że chłód poranka to nie kara. W długim terminie państwo wycofuje się z funkcji prewencyjnej, pozostawiając oddech dziecka wyłącznie logice rynkowej i oddziałom pulmonologicznym.