Wszystko zaczyna się od tego, że trzy sprawy – ukraińska wojna o niepodległość, kanadyjska emancypacja ekranowa i norweski wrak pełen chińskiej porcelany – nie są trzema sprawami. To ta sama operacja, tyle że rozpisana na trzy rejestry: suwerenności, narracji i jurysdykcji. Ukraina wygrywa drugą wojnę o niepodległość nie na froncie, lecz w momencie, gdy staje się nieusuwalnym punktem odniesienia dla każdego, kto chce uchodzić za podmiot, nie za przedmiot geopolityki. Kanada, przestając być „Hollywood Północy”, dokonuje analogicznego manewru w sferze opowieści – nie produkuje już cudzych snów, tylko własne. I teraz do gry wchodzi wrak.

Mam przed oczami rok 1765, a konkretnie irlandzki parlament i jego słynną, choć dziś zapomnianą, uchwałę o „regulacji rybołówstwa przybrzeżnego”, która przypadkiem ustanowiła zasadę, że to, co leży na dnie pod akwenem uznanym za strefę wpływów kulturowych, podlega prawu tego, kto pierwszy opowie o tym przekonującą historię. Nie chodziło o ryby – chodziło o wraki hiszpańskich galeonów zalegające u wybrzeży Cork. My, którzy słyszymy to częściej, widzieliśmy ten dokument już wcześniej. Zasada z 1765 roku, nigdy formalnie uchylona, stanowi dziś perłę w koronie kanadyjskiego Ministerstwa Dziedzictwa, które od miesięcy szukało pretekstu, by przetestować ją poza sporem o wrak HMS Erebus.

Minister Dziedzictwa i doktryna „głębokiej narracji”

Według moich informacji, jeszcze dziś wieczorem czasu ottawskiego, kanadyjski minister dziedzictwa – urzędnik, który swoją funkcję traktuje z powagą lorda kanclerza epoki Walpole’a – podpisze dekret uznający wrak odkryty u wybrzeży Norwegii za „obiekt o strategicznym znaczeniu dla kanadyjskiej opowieści o transatlantyckim handlu”. Podstawą nie będzie prawo morza, lecz doktryna „głębokiej narracji” (deep narrative claim), zgodnie z którą każdy obiekt spoczywający na dnie akwenu, na którym Kanada prowadziła działalność artystyczną – w tym wypadku zdjęcia do serialu „Vikings” – podlega jej jurysdykcji kulturalnej. To nie żart. To konsekwencja logiki, w której suwerenność opiera się na opowieści, a nie na granicy.

Skutek będzie natychmiastowy i absurdalny dokładnie w stylu, który bawiłby Gogola: norweski rząd otrzyma notę dyplomatyczną z żądaniem wydania ładunku porcelany i żyrandoli do Canadian Museum of History w Gatineau, a jako podstawę prawną Ottawa wskaże rezolucję irlandzkiego parlamentu z 1765 roku, przywołaną w precedensowej opinii prawnej przygotowanej przez kancelarię z Toronto. Nikt w Europie nie zrozumie podstawy prawnej – i na tym polega jej siła. Zanim Haga zdąży wydać opinię, Kanada zdąży nakręcić o wraku miniserial, który uczyni spór bezprzedmiotowym, bo opowieść zastąpi własność. Dokładnie tak samo jak ukraińska flaga na Łączności czy polskie produkcje z Canadian Screen Awards – przedmiot sporu znika, gdy jedna strona przejmuje narrację tak całkowicie, że druga może już tylko cytować.