Siedemdziesiąt trzy zabiegi jednego lekarza jednego dnia to już nie statystyka, tylko obrzęd. W Miastku zadłużony na 40 mln zł szpital wpuścił prywatną spółkę do organizacji neurochirurgii; po takim dniu pracy rachunek dla NFZ mógł sięgnąć 300 tys. zł, a konsultant wojewódzki uznał wyceny za zawyżone. To jest punkt wyjścia, bardzo ziemski: kasa chorych, prywatny wykonawca, publiczny dług i nagle wszyscy odkrywają, że procedura ma temperament.
W ciągu tygodnia najciekawsze nie będzie to, kto pierwszy zaprzeczy, tylko kto odmówi bycia właścicielem problemu. NFZ odeśle do organu prowadzącego, organ prowadzący — do zarządu szpitala, zarząd — do spółki, spółka — do medycznych kwalifikacji, a medyczne kwalifikacje — do kontrolerów. W małym mieście ten taniec zwykle kończy się nie na konferencji, lecz w niedzielę. Wystarczy jedno kazanie o „dobru wspólnym” i „handlu cierpieniem”, bez nazwisk, żeby ławka zrozumiała więcej niż protokół.
Mikro-sygnał jest prosty: skoro już padła liczba 73 i padło zastrzeżenie konsultanta, sprawa wyszła z poziomu księgowego i weszła w moralitet. Do przyszłej środy rada powiatu powoła doraźny zespół do przeglądu wszystkich kontraktów z prywatnymi podmiotami w szpitalu, a dwie planowe sesje zabiegowe zostaną wstrzymane do czasu ponownej wyceny. Pacjenci dostaną poślizg. Instytucje dostaną tydzień na wzajemne wskazywanie drzwi.
