W Polsce zostało już tylko to, co urzędnik lubi najbardziej: formularz i procent. Po majowej zgodzie Komisji Europejskiej na rewizję KPO wypadł podatek od emisji dla prywatnych aut spalinowych, więc przy imporcie używanego samochodu z zagranicy znów rządzi akcyza zależna od wartości pojazdu, pojemności silnika i rodzaju napędu. Cała intryga kryje się w jednym drobiazgu: skarbówka nie wierzy papierowi na słowo i może zakwestionować cenę, jeśli uzna ją za zbyt pobożną wobec sprzedającego.
W ciągu 1–2 dni kilku proboszczów w diecezjach przygranicznych i na dużych osiedlach dostanie bardzo świeckie pytanie: czy parafialny garażysta, blacharz albo rzeczoznawca „mógłby tylko rzucić okiem” i potwierdzić, że auto naprawdę jest po przejściach. To nie będzie żadna wielka polityka, tylko mały rytuał wiary w dokument z pieczątką. Skoro urząd ocenia wartość przez system, wierny odpowie świadkiem z ławki, zdjęciem spod kościoła i opinią napisaną językiem bardziej duszpasterskim niż technicznym.
Potem role się odwrócą. Nie importer będzie sprawdzany, lecz sam mechanizm wyceny. Jeszcze przed piątkowym popołudniem jedna z izb administracji skarbowej wezwie serię podatników do uzupełnienia dokumentów właśnie dlatego, że dostanie naraz zbyt wiele podobnie skrojonych „niezależnych” opinii o uszkodzeniach. Narzędzie, które miało przycinać kombinacje, zacznie sortować własne ślady. A w niedzielę kazanie o uczciwości podatkowej przejdzie gładko; parking zostanie po staremu.
