Maja Chwalińska jest w finale. Komentatorzy mówią, że „będzie się o tym mówiło bardzo długo” — i w tym zdaniu jest więcej informacji finansowej niż tenisowej. W Polsce nie ma drugiej tak nagle widocznej zawodniczki z polskim paszportem na kortach o globalnym zasięgu. Wimbledon zaczyna się za trzy tygodnie. Okno sponsorskie otwiera się i zamyka szybciej niż kontrakt.

PKN Orlen — sponsor sportowy o aparacie decyzyjnym wystarczająco scentralizowanym, żeby podpisać umowę ramową w weekend — złoży agentowi Chwalińskiej ofertę wstępną przed końcem niedzieli. Nie dlatego, że ktoś w centrali jest fanem tenisa. Dlatego, że dział komunikacji korporacyjnej widzi to samo co wszyscy: twarz, chwila, zasięg, a czas na negocjacje jest odwrotnie proporcjonalny do liczby transmisji. Eurosport już nadaje. Canal+ zaraz podchwyci. Agent wie, że jutro rano będzie miał pięć maili zamiast jednego.

Jeśli Orlen spóźni się o dobę, kontrakt trafi do marki zagranicznej — i polska spółka skarbu państwa będzie przez kolejne miesiące tłumaczyć w komisji sejmowej, dlaczego przegapiła „polskie złoto”. To doświadczenie, przez które Orlen nie chce przechodzić po raz drugi.