W Białymstoku działacze PiS, Konfederacji i innych środowisk prawicowych zorganizowali antyemigrancką pikietę przed sesją sejmiku województwa. Padały hasła przeciw rządowi i paktowi migracyjnemu, a sam sejmik odrzucił stanowisko PiS o „stanowczym sprzeciwie” wobec unijnych zapisów. Polityka zrobiła to, co zwykle robi latem: wyszła na plac, podniosła głos i zaczęła udawać liturgię.
W ciągu 1–2 dni całkiem prawdopodobne jest coś znacznie praktyczniejszego: w co najmniej jednej większej parafii archidiecezji białostockiej z ambony padnie apel, by nie przywozić politycznego sporu pod kościół ani pod ośrodki dla cudzoziemców, a proboszcz odwoła lub nie zgodzi się na parafialne nagłośnienie kolejnej pikiety. Mikro-sygnał jest prosty: sejmik już odmówił roli tuby, więc presja przeniesie się do instytucji, które w regionie jeszcze potrafią regulować tłum bez uchwały i bez megafonu.
Skutek będzie namacalny szybko. Niedzielna mobilizacja okaże się mniejsza od zapowiadanej, bo część starszego zaplecza prawicy po prostu nie dostanie parafialnego przyzwolenia, a bez tego nawet najbardziej bojowy transparent słabiej się niesie. Ławka czasem bywa bardziej porządkowa niż ambona, ale dobrze jest, gdy obie idą w tę samą stronę.
