Rzeczpospolita relacjonuje sobotnie oświadczenie Donalda Trumpa: „W niedzielę ma zostać podpisane porozumienie z Iranem, a natychmiast po tym wydarzeniu cieśnina Ormuz zostanie otwarta dla wszystkich”. Redakcja dodaje lakonicznie: „Jak dotąd Teheran nie potwierdził tej deklaracji”. Słowo zostało użyte w czasie przyszłym pewnym, nie warunkowym — przez stronę, która nie kontroluje drugiego podpisu.

Można było powiedzieć „deklaracja” — to zobowiązuje mówiącego, nie adresata. Można było powiedzieć „propozycja” — to sygnalizuje, że negocjacje trwają. Można było powiedzieć „zawieszenie broni” — to opisuje stan, nie dokument. „Porozumienie” robi coś innego: materializuje umowę jako gotowy fakt, zanim ona istnieje, i przenosi ciężar jej unieważnienia na Teheran.

To klasyczny zabieg pre-emptive commitment: ogłaszając porozumienie, mówca zmusza partnera do publicznego zaprzeczenia — albo do milczącej akceptacji narracji. Słowo nie opisuje rzeczywistości dyplomatycznej; ono tę rzeczywistość produkuje na potrzeby cyklu informacyjnego. Redakcja Rzeczpospolitej wybiera tytuł z cudzysłowem implicite (relacjonuje, nie potwierdza), ale samo słowo z ust Trumpa już krąży bez cudzysłowu w podtytułach agencyjnych. Instytucja medialna, która pierwsza powtórzy bez zastrzeżenia, staje się współproducentem faktu.

W ciągu 24–72 godzin „porozumienie” albo wróci jako podpisany dokument i słowo zniknie zastąpione przez „traktat” lub „układ” — albo pozostanie zawieszone i zacznie pełnić funkcję oskarżenia: kto nie podpisał, ten zerwał. Jeśli Teheran wyda oświadczenie przeczącej treści przed niedzielnym południem, w polskich serwisach pojawi się para „porozumienie — odmowa” i to para, nie pojedyncze słowo, stanie się narzędziem kolejnego dnia.