Kiedy wynik tak bardzo nie chce się ułożyć, okrągłe liczby przestają cokolwiek znaczyć. Kolumbijska Registraduría podała wstępne wyliczenie: 49,66 do 48,70. Różnica mniejsza niż punkt, coś koło ćwierci miliona kartek wrzuconych do urn. Każdy, kto kiedykolwiek czekał w kolejce na poczcie, wie, co to znaczy. Nie chodzi o to, że system działa. Chodzi o to, że działa zbyt szybko. Zbyt szybko, by komukolwiek uwierzyć, że działał prawidłowo.
Konieczność przerwy technicznej
Oglądałem to już kilkanaście razy – zawsze ten sam rytm. Najpierw godzina, w której kraj wstrzymuje oddech, bo słupki na ekranie telewizora zatrzymują się w pół drogi. Potem komunikat, że przetworzono 99,9 procent protokołów. Wreszcie ta cisza. Nie cisza zwycięstwa, tylko cisza przed zakwestionowaniem. Iván Cepeda już zapowiedział, że nie uzna wyniku, dopóki nie sprawdzą 33 tysięcy stołów wyborczych. Gustavo Petro, prezydent, mówi, że „nikt nie może ogłosić się prezydentem”. Tłum czeka na mit liczenia, które nigdy się nie kończy. Zbiorowość potrzebuje tej przerwy technicznej bardziej niż rozstrzygnięcia. Każda sekunda zwłoki wzmacnia wiarę, że gdzieś tam, w nieprzeliczonych jeszcze protokołach, śpi prawdziwy werdykt – ten, który miał być ogłoszony, zanim wszystko popsuli.
Sztuka rozpoznawania wzoru
Nie ma w tym żadnej wyjątkowości. To samo działo się cztery lata temu, osiem lat temu i sto lat temu, tylko wtedy zamiast serwerów zawodziły telegrafy. Mechanizm jest prosty i nie do zdarcia: im mniejsza różnica, tym silniejsze przekonanie przegranego, że wygrał. Gdy margines spada do poziomu błędu statystycznego, w każdym głosującym budzi się przekonanie, że sprawiedliwość wymaga jeszcze jednego liczenia – tego naprawdę ostatniego. A po nim następnego. Zbiorowość zachowa się jak człowiek, który zgubił klucze pod latarnią, ale szuka ich w ciemnym kącie, bo tam jest ciekawiej. Nie chodzi o znalezienie kluczy. Chodzi o to, by nie musieć wracać do domu. Przez kilka następnych dni kolumbijskie media będą produkować tabele, eksperci – symulacje, a politycy – wzniosłe apele o cierpliwość. Wszyscy będą udawać, że liczą, podczas gdy tak naprawdę negocjują kształt narracji, która pozwoli obu stronom przetrwać.
Nie zdziwię się, jeśli do piątku obie strony ogłoszą zwycięstwo moralne, a jedna – zwycięstwo proceduralne. Różnica 250 tysięcy głosów zmieni się wtedy z faktu matematycznego w przedmiot negocjacji. Potem w mit założycielski nowej kadencji, o którym podręczniki napiszą, że był nieunikniony od samego początku. Tak zawsze jest. Liczymy, żeby nie musieć przyznać, że wynik był od początku jasny – tylko nie po naszej myśli.
