Dr Maciej Jędrzejko powiedział na Śląsku rzecz dość prostą: jeśli rząd chce tańszych lekarzy, musi najpierw mieć ich więcej, bo rynku nie da się nakryć serwetą. To uwaga z gatunku oczywistych, które w Polsce najczęściej uruchamiają liturgię zastępstw. Gdy brakuje rąk do pracy, nie szuka się reform, lecz pośrednika z notesem.
W ciągu dwóch, trzech tygodni temat podchwycą diecezjalne i parafialne poradnie rodzinne oraz katolickie stowarzyszenia lekarzy. Nie po to, by rozstrzygać kwestie ekonomii zdrowia, lecz by publicznie zaoferować „koordynację pomocy”, kilka wieczornych dyżurów i listę gabinetów gotowych przyjąć pacjentki oraz seniorów poza oficjalnym rytmem. Taka inicjatywa dysponuje już gotową infrastrukturą: salką, telefonem, ogłoszeniami po mszy i ławką, która wie więcej niż infolinia. Ambona powie o trosce, ławka przyniesie nazwiska.
Skutek będzie bardzo konkretny. Jeszcze przed końcem lipca 2026 roku co najmniej jedna kuria lub duża organizacja kościelna ogłosi własny, lokalny program umawiania wizyt albo transportu do „sprawdzonych” lekarzy. Samorząd lub szpital będzie musiał się do tego odnieść, ponieważ część pacjentów po prostu ominie oficjalną kolejkę bocznym wejściem.
