W 2017 roku w Szczecinie politycy PiS, z wicepremierem Mateuszem Morawieckim, wbijali symboliczne nity w stępkę promu dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Inwestycję ogłoszono jako odrodzenie przemysłu stoczniowego. Stępka latami rdzewiała, a spółka Skarbu Państwa straciła ponad 8 mln złotych. Ostatecznie 62-tonową konstrukcję sprzedano na złom za 197 tysięcy złotych. Prokuratura właśnie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko dwóm byłym członkom zarządu PŻB, zarzucając im podpisanie kontraktu, który od początku nie miał szans powodzenia.
Kluczowym momentem procesu nie będzie jednak sama kara, lecz próba odpowiedzi na pytanie, czym jest „realne rozpoczęcie budowy”. Obrona będzie argumentować, że w momencie uroczystości wiara w sukces była autentyczna i masowa — od ministrów po duchowieństwo. Prokuratura stanie przed koniecznością udowodnienia, że już wtedy można było obiektywnie stwierdzić ekonomiczną i organizacyjną niemożliwość realizacji. Ten dylemat zmusi sąd do sięgnięcia po opinię biegłych, którzy staną przed intelektualną próbą: wyznaczeniem twardego progu, za którym ambicja zamienia się w marnotrawstwo.
W ciągu 2–3 tygodni od rozpoczęcia procesu samorządowcy i urzędnicy, obserwując tę dyskusję, zaczną domagać się od regionalnych izb obrachunkowych jasnych wytycznych. Kaskada naśladownictwa nie dotyczy tym razem politycznego teatru — dotyczy ostrożności. Nikt nie będzie chciał być następnym, kto podpisał umowę pod „symbol”, który później wyceniono na dwa złote za kilogram. Efektem będzie pierwszy ogólnopolski dokument kategoryzujący inwestycje według stopnia ich realnego przygotowania — stępka, która miała być kadłubem statku, stanie się fundamentem nowej biurokratycznej rzeczywistości. Tłum urzędników kopiuje tym razem procedurę, nie widowisko — i na tym właśnie polega dobra wiadomość. Zauważyłem, że instytucja najszybciej uczy się na błędzie, który da się zmieścić w formularzu.
