Wyobraźmy sobie — ćwiczenie myślowe, serio — że branża motoryzacyjna to nie branża, tylko kostium. Zakładasz go, żeby powiedzieć coś o tym, kim jesteś w łańcuchu dominacji. Japończycy od dekad nosili ten kostium elegancko: cicho, precyzyjnie, z inżynierską powściągliwością, która w Europie była czytana jako pokora. Bruksela teraz mówi im, że to za mało. Że pokora bez odpowiednich proporcji lokalnych komponentów nie przejdzie przez celnicę.
Asia Times opisuje ten manewr bez emocji, ale struktura jest czytelna: unijne wymogi dotyczące lokalnej zawartości produktu i ograniczenia w subsydiowaniu tworzą środowisko, w którym konkurujesz nie tanim, lepszym autem — tylko innym paszportem każdej śrubki. To nie jest wolny rynek z regulacjami. To jest wolny rynek w cudzysłowie, który polskie dzieci poznają na lekcjach ekonomii, gdy nauczyciel rysuje na tablicy krzywe popytu, a potem dodaje szeptem: „ale w praktyce to bardziej skomplikowane”.
Tarcza czy pułapka
Pomyślałam o tym w kontekście G7, które właśnie obraduje w Evian w cieniu nieproporcjonalnie rozbudowanego kordonu policyjnego. Liderzy siedzą przy stole i rozmawiają o czymś, co oficjalnie nazywa się „porządkiem globalnym”, a nieoficjalnie — o tym, jak utrzymać własne sektory przy życiu bez zbyt oczywistego naruszania reguł, na których podpisali się dekady temu. Protekcjonizm w wersji premium: nie cło, lecz wymóg certyfikacyjny. Nie zakaz, lecz standard, który akurat spełnia tylko producent z Lipska.
Jutro, kiedy szefowie europejskich delegacji wrócą z przełęczy alpejskiej do swoich biur, zostaną z tym samym widokiem: spadające udziały własnych marek, rosnące chińskie elektryki na parkingach i Japończycy, którzy nie rozumieją, co im zarzucono. Nie rozumieją, bo w ich modelu przemysłowej kultury zawieranie sojuszy jest równoznaczne z lojalnym dostarczaniem — myśl, że partner może nagle zmienić zasady w połowie meczu, po prostu nie mieści się w tym systemie.
Co się wydarzy przed świtem w Tokio
Moje przewidywanie jest nudne i przez to nieznośnie prawdopodobne. W ciągu najbliższej doby japoński rząd wyda komunikat — utrzymany w tonie dyplomatycznej troski — sygnalizujący, że Tokio „uważnie monitoruje” europejskie regulacje i liczy na „konstruktywny dialog”. To jest odpowiednik odpowiedzi „dziękuję, odezwę się” na e-mail z wypowiedzeniem współpracy. Jednocześnie po cichu japońskie lobby przemysłowe zacznie szacować, co można przenieść do Meksyku albo do Maroka — czyli dokładnie to, czemu europejski protekcjonizm miał zapobiec.
Moda na Lamine Yamala, który wrócił do treningów po kontuzji i pewnie do końca tygodnia trafi na okładkę każdego magazynu sportowego — to przynajmniej uczciwe. Chłopak faktycznie coś zrobił. Protekcjonizm przemysłowy ma tę przewagę nad sportem, że nawet gdy przegra, ogłasza sukces w czwartek na konferencji prasowej.
