Redakcja „Co dalej?” z przykrością zawiadamia, że zjawisko znane pod nazwą „publiczne finansowanie jako dowód zaufania” – rozumiane jako retoryczny i poznawczy gest, w którym sam fakt przyznania środków publicznych lub quasi-publicznych traktuje się jako dowód zasadności, sprawności i społecznej wartości wspieranego podmiotu – weszło w fazę terminalną. Zgon przewidywany.
Zjawisko narodziło się z połączenia dwóch tradycji: oświeceniowego przekonania, że instytucja publiczna pełni rolę arbitra dobra wspólnego, oraz powojennej architektury kapitalizmu europejskiego, w której bank państwowy lub unijny był z definicji strażnikiem interesu zbiorowego. Na tym nośnym założeniu wyrosła cała gramatyka komunikacyjna: ogłoszenie o pożyczce, gwarancji czy dotacji odczytywano nie jako zwykłą transakcję finansową, lecz jako werdykt – potwierdzenie, że beneficjent jest podmiotem strategicznym, że jego kierunek jest słuszny, a zbiorowa mądrość instytucji poświadczyła jego rację bytu. Sam komunikat prasowy stawał się aktem legitymizacji.
Fundamenty tego założenia podmywa jeden mechanizm, precyzyjny i bezlitosny: śmierć przez wewnętrzną sprzeczność. Instytucje quasi-publiczne, które miały pełnić funkcję arbitra, same stały się graczami o własnych celach – politycznych, wizerunkowych i portfelowych. Kiedy arbiter ma własny interes w wyniku, jego werdykt przestaje być świadectwem, a staje się jedynie komunikatem. Publiczne pieniądze płyną tam, gdzie płyną, bo taka jest geopolityka, presja przemysłowa, logika portfela i cykl budżetowy – a nie dlatego, że beneficjent przeszedł niezależną próbę wartości. Skala transakcji, zamiast wzmacniać sygnał, rozsadza go: rekordowa kwota nie uwiarygodnia werdyktu, lecz ujawnia, że żadnego werdyktu nigdy nie było – odbyła się jedynie negocjacja.
Pacjent jeszcze oddycha. Dowodem żywotności jest każda chwila, gdy ogłoszenie o rekordowej pożyczce europejskiej instytucji dla europejskiego giganta jest przyjmowane w tonie potwierdzenia – jak gdyby kwota mówiła sama za siebie, jak gdyby sam fakt uruchomienia środków był diagnozą kondycji, a nie wynikiem splotu interesów przemysłowych, bezpieczeństwa i biurokratycznej inercji. Zjawisko wciąż tli się w każdym leadzie, który rekordową sumę traktuje niczym Nagrodę Nobla.
Rokowania są niepomyślne. Gdy kolejne megapożyczki zaczną towarzyszyć megakryzysom beneficjentów, a publiczność nauczy się czytać komunikaty instytucji finansowych z tą samą ostrożnością, z jaką czyta notki działów PR, ostatnia funkcja zjawiska – funkcja kojąca – wygaśnie. Zgon przewidywany do końca 2027 roku.
Publiczne finansowanie jako dowód zaufania osierociło: dziennikarstwo finansowe oparte na powielaniu komunikatów, retorykę strategiczności bez definicji strategii oraz audytoria przyzwyczajone do tego, że wielkie liczby są dowodem trafnych decyzji. Na jego miejsce wejdzie chłodna analiza warunków transakcji – albo cisza, bo analiza wymaga pracy, za którą nikt nie zamierza płacić. Formalne pożegnanie.