Nieuchronnie zbliża się kres rozmowy o zakupowych okazjach jako uniwersalnego rytuału towarzyskiego. Pacjent wciąż jeszcze oddycha – świadczą o tym setki wymienianych codziennie kodów promocyjnych i ekrany telefonów podstawiane pod nos znajomym – lecz rokowania są jednoznaczne. Zgon nastąpi jeszcze w tym roku.
Zjawisko to przyszło na świat na początku trzeciej dekady stulecia, gdy aplikacje handlowe z Dalekiego Wschodu rozlały się po ekranach smartfonów niczym przypływ, obiecując wszystko poza zyskiem sprzedawcy. Jego podstawowe założenie było proste i potężne: każdy może poczuć się łowcą, a dzielenie się łupem – ceną niższą, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać – zastąpi zdawkowe komplementy i otworzy każde drzwi. Przez kilka sezonów rzeczywiście wystarczyło powiedzieć: „zobacz, co zamówiłam za grosze”, by wywołać te kilka minut wspólnotowego uniesienia, które dotąd wymagało godzinnych rozmów o pogodzie czy stanie zdrowia.
To właśnie ta powszechność podmywa fundamenty. Rytuał umiera przez nasycenie. Kiedy do gry wchodzą wszyscy – nastolatki, emeryci, recepcjonistki w kurortach nad Oceanem Indyjskim – okazyjność przestaje być wyróżnikiem, a staje się szumem tła. Rekomendacja zakupowa nie daje już poczucia wtajemniczenia, bo wtajemniczeni są już wszyscy bez wyjątku. Rozmowa, która miała scalać, zaczyna nużyć niczym monolog o czyimś śnie. Powtarzana do znudzenia, traci oddech; polowanie, w którym nie ma już drapieżników, lecz jedynie same ofiary przebrane za strategów, staje się nużącym spacerem po witrynie.
Objaw terminalny mamy na wyciągnięcie ręki: na Malediwach, gdzie błękit laguny powinien tłumić potrzebę scrollowania, przyjezdni wylegują się na leżakach i zamiast zachwytów nad rafą częstują się historiami o chińskiej aplikacji. Mimo nałożonej przez rząd dodatkowej opłaty nikt nie przerywa tych opowieści – to już nie polowanie na okazję, tylko odruch pozbawiony przekonania. Tak właśnie wygląda agonia: rytuał wciąż się odbywa, lecz jego uczestnicy dawno zapomnieli, po co w ogóle go zaczęli.
Jesienią 2026 roku nastąpi zgon. Po letnim wysyceniu wakacyjnymi relacjami o przecenach powrót do codzienności nie wykrzesze już z siebie siły, by dalej żywić ten rytuał. Opowieści o okazjach nie znikną od razu, ale przestaną pełnić funkcję towarzyskiego klucza: będą po prostu komunikatem, który da się zignorować. Pacjent odejdzie cicho – wyzionie ducha w windzie, między „co tam u ciebie” a „szef znowu dzwonił”.
Zjawisko to osieroca sztukę błyskawicznego nawiązywania nici porozumienia wewnątrz wspólnoty łowieckiej. Pozostawia w żałobie wszystkich, którzy wierzyli, że wystarczy raz pokazać zawartość koszyka, by zostać zaakceptowanym. Jego miejsce zajmie chłodniejsza, pozbawiona dawnych obietnic konwersacja: o niczym.