Wtorkowa eksplozja na taśmociągu w fabryce drewna w Braszowie postawiła na nogi rumuńskie służby. Uruchomiono Czerwony Plan Interwencji, wysłano na miejsce jednostki chemiczne i mobilne oddziały intensywnej terapii, po czym odwołano alarm. Na trzystu metrach kwadratowych płonącego pyłu nie znaleziono ofiar.

System ratunkowy zakładał pełną obsadę. Naliczyłem kilkanaście wozów zadysponowanych do hali, w której powinno pracować pięćdziesięciu ludzi. Nie było tam niemal nikogo, bo w karpackich wsiach dawno zabrakło młodych mężczyzn chętnych do stania przy maszynach na nocnych zmianach. Prawdziwe starcie o słownik rozegra się teraz w gabinetach.

Lokalny zarząd, przyzwyczajony do urzędniczej uniżoności, zażąda milionowych odszkodowań za wstrzymaną wielkoprzemysłową produkcję. Ubezpieczyciele spojrzą jednak w metryki kadry. Do przyszłej środy nadzór formalnie przeklasyfikuje halę z zakładu produkcyjnego na tradycyjny warsztat rzemieślniczy. Brak wystarczającej obsady unieważni ryzyko ubezpieczeniowe i zablokuje gigantyczną wypłatę. Zniechęcony właściciel porzuci biznes. Ośmiu miejscowych stolarzy po sześćdziesiątce, wolnych wreszcie od wyśrubowanych norm, przejmie ocalałe maszyny za bezcen. Spór o jeden administracyjny rzeczownik odda fach w ich ręce.