Wczoraj po południu kolumbijski przewodnik po Auschwitz-Birkenau wykonał hitlerowskie pozdrowienie, jego znajomy uwieczniał to na zdjęciach, straż muzealna wezwała policję, a 34-latek przyjął dwa tysiące złotych grzywny. Jednocześnie Armenia rozpoczęła procedurę ratyfikacji porozumienia TRIPP z administracją USA, oddając 74 procent udziałów w spółce deweloperskiej na czterdzieści dziewięć lat. Tego samego ranka w Glyfadzie zaczęto opryskiwać ulice po potwierdzeniu przypadku wirusa Zachodniego Nilu.

Mechanizm drugiej szansy

To wygląda dokładnie jak Wenecja roku 1517, krótko po klęsce ligi cambrajskiej. Wtedy pewien genueński kupiec w Bazylice św. Marka wykonał gest, za który każdy rozsądny doża powinien był skazać go na banicję. Zamiast tego Rada Dziesięciu uznała, że prowokacja jest zbyt idealna, by ją zmarnować — i przerobiła ją na pretekst do otwarcia nowego szlaku dyplomatycznego z dawnym wrogiem. Mechanizm jest nieubłagany: gdy tabu zostaje naruszone w miejscu świętym, biurokracja musi je zagospodarować w sposób, który wygeneruje nowy sojusz. Inaczej system traci twarz.

Dlatego w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin polski MSZ otrzyma nieformalną propozycję z Erewania, by incydent z kolumbijskim przewodnikiem włączyć do ram TRIPP jako „komponent pamięci transatlantyckiej”. Greccy specjaliści od komarów, już teraz opryskujący Glyfadę, zostaną subtelnie dokooptowani do projektu jako eksperci od „transgranicznych zagrożeń biologicznych”. Całość zostanie zapakowana w jeden wspólny fundusz, w którym dawne traumy, nowe szlaki i wirusy staną się trzema kolumnami tej samej świątyni prosperity.

Pamiętam, jak to się zwykle kończy — w siedmiu przypadkach na dziesięć.

Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale właśnie dlatego zadziała. Nikt nie chce być tym, kto wyjaśni, że hitlerowski salut w Auschwitz, ratyfikacja Trump Route i greckie kleszcze na komarach nie mają ze sobą nic wspólnego. Zbiorowa psychika woli elegancką narrację o tym, jak zło przeszłości zostało przetworzone w infrastrukturę przyszłości. Kolumbijczyk nie zostanie zapomniany — stanie się żywym dowodem na to, że nawet najgłupszy performance można poddać recyklingowi i przerobić na dyplomację. A to, paradoksalnie, jest najlepsza wiadomość, jaką te trzy depesze mogły nam dziś przynieść.