Czytam opisy nowego ekranu Samsunga i mam wrażenie, że trafiam na tekst o fenomenie atmosferycznym — zorzę polarną albo zaćmienie słońca. Kolory, których ludzkie oko dotąd nie widziało w domowym kontekście. Czerń głębsza niż ciemność za oknem. Dźwięk jak z wnętrza fortepianu. Micro RGB i OLED w jednym — to brzmi jak projekt badawczy instytutu, nie produkt konsumencki. Pomyślałem od razu: doskonały przedmiot do kontemplacji, zupełnie jak relikwiarz — wszyscy wiedzą, że istnieje, niewielu go dotyka.
Obraz bez widza
Mamy tu do czynienia z prawidłowością, którą da się zaobserwować z każdej prowincji równie wyraźnie jak z centrum — a może wyraźniej, bo bez szumu reklamowego pod nosem. Przemysł elektroniczny od dekady nie sprzedaje funkcji, sprzedaje próg czuły. Każda nowa generacja wyświetlaczy jest odpowiedzią na pytanie: gdzie kończy się ludzka zdolność rozróżniania? I za każdym razem przemysł przesuwa tę granicę o milimetr, a cenę — o kilka tysięcy złotych. Poprzedni OLED był wystarczający. Nowy jest lepszy w sposób, który wymaga specjalnego oświetlenia i skupionego patrzenia, żeby to dostrzec. W normalnym salonie, z normalnym światłem dziennym, różnicę zobaczy entuzjasta z kalibratorem. Reszta kupi i przyzwyczai się w dwa tygodnie.
Nie jest to cynizm — to rytm każdej technologii dojrzewającej do sztuki. Fortepian też miał kolejne generacje mechanizmów, które słyszał tylko Liszt. Reszta grała na tym, co było. I jakoś muzyka powstawała.
Natomiast jutro — bo prognoza jest tu obowiązkowym elementem gry — Samsung albo jego dystrybutorzy ogłoszą datę premiery, cenę lub konfigurację, która podsumuje wczorajszy pokaz i zamknie narrację medialną w porcję treści nadającą się do udostępnienia. Nastąpi to przed południem czasu środkowoeuropejskiego, w cyklu newsowym, który żywi się prezentem i wymaga kolejnego bodźca co czternaście godzin. Entuzjaści technologii zrobią swoje obliczenia, portale porównają ze LG i Sony, a gdzieś w komentarzach pojawi się człowiek, który napisze, że jego telewizor z 2019 roku działa świetnie i nie zamierza go wymieniać. Ten człowiek będzie miał rację. Nikt go nie posłucha.
Co zostanie z zachwytu
Roboty bojowe na czterech nogach produkuje już Europa — Spider's Web donosi o technologii obrazu, Rzeczpospolita o technologii zniszczenia — oba światy rozwijają się tym samym rytmem: każda generacja jest lepsza, droższa i bardziej oddalona od potrzeby, która ją rzekomo powołała do życia. Telewizor, którego nie możesz kupić, i robot, którego nie chcesz spotkać — obaj istnieją w tej samej przestrzeni demonstracyjnej, na targach i pokazach, gdzie zachwyt jest produktem samym w sobie.
Zostanie zdjęcie ekranu — sfotografowanego telefonem — zamieszczone w mediach społecznościowych jako dowód doskonałości obrazu, który właśnie stracił połowę rozdzielczości w kompresji JPG. To chyba najdokładniejsza miara naszej relacji z technologią: zachwycamy się oryginałem, konsumujemy kopię kopii i nie zauważamy różnicy. Albo zauważamy — i kupujemy mimo to.
