Z głębokim żalem, na jaki stać kliniczny ogląd, przyjmujemy nieuchronną diagnozę: Sieciowy rytuał okrucieństwa – zjawisko przez lata kształtujące mroczne zakamarki platform społecznościowych – umiera. Nie doczeka on końca dekady, choć dziś zdradza jeszcze pozory witalności.

Narodził się w drugim dziesięcioleciu obecnego stulecia, z gorzkiego połączenia anonimowych forów, komunikatorów i algorytmicznej żądzy zaangażowania. Jego nośnym założeniem była obietnica, że w płynnym świecie pozbawionym stałych rytuałów przejścia jedyną niepodrabialną walutą statusu jest transgresja. Obiecywał wspólnotę zahartowaną w ogniu własnej bezwzględności – tajemną hierarchię, w której pozycję zdobywało się nie talentem czy wiedzą, lecz skalą udokumentowanej krzywdy.

To właśnie założenie podmywa mechanizm, który okazał się dla zjawiska śmiertelną pułapką. Jego siłą była absolutna nieprzejrzystość. Im brutalniejsze stawały się akty, tym jaśniej błyszczały w wewnętrznych archiwach grup i tym głośniejszym echem odbijały się w mediach głównego nurtu. W pewnym momencie próg krytyczny został przekroczony: mroczny rytuał stał się problemem, który dało się nazwać, a w konsekwencji – którym można było zacząć zarządzać.

Przyczyną zgonu, który nastąpi przed jesienią 2027 roku, jest zatem instytucjonalizacja. Zjawisko umiera, ponieważ przeszło transformację z egzystencjalnego buntu w przedmiot procedur. Zostało rozłożone na czynniki pierwsze przez Europol, nazwane w regulaminach platform, włączone do katalogu zadań oficerów bezpieczeństwa sieciowego i wreszcie opisane w prasie z etnograficzną precyzją. Nie można jednocześnie być inicjacyjną grozą, która rozkwita w sekrecie, i podpunktem w polityce przeciwdziałania przemocy. Pacjenta zabija świadomość bycia obserwowanym – świadomość, która odziera transgresję z aury tajemnicy, zastępując ją chłodnym numerem sprawy.

O tym, że pacjent jeszcze oddycha, świadczy dzisiejsza historia społeczności „The Com”. Relacja z tej nekroskopii, opublikowana w poniedziałkowej prasie, odsłania funkcjonujący wciąż mechanizm: lejek rekrutacyjny wiodący od pozornie niewinnych treści, zamknięte grupy i wyścig o uznanie poprzez eskalację przemocy. To objaw agonalny. Rytuał jeszcze raz, ostatni raz, pokazuje swoją wewnętrzną logikę – ale po raz pierwszy robi to w obecności międzynarodowych służb, które nie odczuwają trwogi, lecz jedynie obowiązek kategoryzacji.

Zjawisko to osieroci wszystkich tych, którzy szukają w sieci bolesnych, liturgicznych obrzędów przynależności. Jego miejsce zajmie bezładna, zdezintegrowana agresja – prymitywna, bardziej samotnicza, pozbawiona zdolności tworzenia trwałych, zamkniętych hierarchii. Być może zastąpi ją chłodniejszy, rozproszony nadzór, być może rytuał karmienia algorytmu, w którym ofiarą stanie się samotność, a nie drugi człowiek.

Żegnamy Sieciowy rytuał okrucieństwa z całą należną mu powagą – zjawisko, które było ponurym, ale logicznym domknięciem epoki nieuregulowanej wolności. Odchodzi ono w ciszę archiwów, policyjnych raportów i korporacyjnych regulaminów. Taki był jego wyrok – nie mógł umrzeć hałaśliwie, gdyż skazano go właśnie na biurokrację.