W niedzielę rano Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał ostrzeżenia drugiego stopnia dla południowych województw. Alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, rozesłany do mieszkańców Śląska, Małopolski i Opolszczyzny, wprost zapowiada ulewne deszcze i lokalne opady gradu do godziny dwudziestej drugiej. Dla przeciętnego kierowcy to rutynowy sygnał, by przestawić auto spod starego drzewa. Z kolei dla branży handlu samochodami używanymi to darmowy dzwonek alarmowy, wzywający do ewakuacji towaru.
Jeszcze przed niedzielnym popołudniem zadaszone centra przesiadkowe Park & Ride w Katowicach czy Tychach zapełnią się do ostatniego miejsca. Mechanizm jest banalny i czysto księgowy. Grad niszczy marżę na placu w kwadrans, a budowa prywatnych wiat to koszt rzędu setek tysięcy złotych. Publiczny parking chroni przed żywiołem za darmo, pod warunkiem posiadania skasowanego biletu komunikacji miejskiej.
Właściciel średniego komisu przy drodze krajowej wyśle trzech pracowników do rotacyjnego przestawiania floty. Przerzucenie czterdziestu aut zajmie im niespełna dwie godziny. Skasowanie najtańszych biletów po parę złotych za sztukę zapewni żelazne, choć papierowe alibi. W poniedziałkowy poranek straż miejska zastanie na węzłach przesiadkowych perfekcyjny porządek, opłacone miejsca postojowe i ani jednego pasażera. Infrastruktura, wzniesiona za unijne miliony do walki ze smogiem, płynnie zamieni się w prywatny bufor ryzyka pogodowego.
