W czwartek sejmowy zespół do spraw energii wysłuchał raportu think tanku Ember. Eksperci z przekonaniem tłumaczyli, że elektryfikacja to absolutny koniec rachunków grozy. Z ich wyliczeń wynika wprost, że domowa pompa ciepła połączona z samochodem elektrycznym zostawia w kieszeni przeciętnej rodziny osiem tysięcy złotych rocznie. Politycy pokiwali głowami nad potęgą inteligentnych sieci i wirtualnych liczników.
Technokraci szczerze wierzą, że transformację poprowadzą unijna dotacja i wniosek w urzędzie. Błąd. Jeśli na chodniku leży osiem tysięcy złotych, ulica podniesie je sama, bez czekania na ustawę. W połowie przyszłego tygodnia zobaczymy brutalnie fizyczny test tej teorii. Skoro z jednego kilowata prądu da się wycisnąć cztery kilowaty ciepła, nikt nie zamierza dłużej przepłacać państwowym monopolom.
Zamiast grzecznie płacić miejskie faktury, zaradna spółdzielnia w Zabrzu postawi pod blokiem tani używany elektryk z demobilu. Gruby kabel siłowy pobiegnie przez okno w piwnicy prosto do rzemieślniczo zamontowanej pompy. Kiedy w czwartek przed południem państwowe pogotowie energetyczne spróbuje odciąć tę garażową partyzantkę za rzekome łamanie umów przyłączeniowych, drogę zablokuje mu pięćdziesięciu emerytów. I wydarzy się rzecz doskonała. Zaskoczony moloch złoży broń, wycofa wozy i po cichu zalegalizuje prowizorkę. Technologia faktycznie uratuje ludzkie portfele, ale tylko dlatego, że tłum miał odwagę stanąć murem w obronie własnej wtyczki.
