Socjalna kamienica w Walworth nie była domem — była rezerwowym adresem. Fatima Jabbe-Bio trzymała w niej meldunek, podczas gdy jej życie toczyło się w prezydenckiej rezydencji we Freetown. Southwark właśnie tę rezerwę zlikwidowało. Sygnał jest jasny: lokalne władze przestają udawać, że nie widzą, kto naprawdę mieszka w ich zasobie.
To fizyka populacji ubrana w protokół dyplomatyczny. Londyńskie gminy od lat przymykały oko na nieobecnych najemców z afrykańskich elit, bo nikt nie chciał wszczynać sporu z państwami, które wysyłają do Wielkiej Brytanii surowce i studentów. Teraz, gdy jedna rada przerwała milczenie, pozostałe nie mają politycznego schronienia. W ciągu 48 godzin co najmniej dwie kolejne — Newham i Brent, gdzie skupia się diaspora zachodnioafrykańska — potwierdzą własne audyty lokali wynajmowanych przez urzędujących urzędników z Afryki.
Prawdziwy ruch nie rozegra się na korytarzach ambasad, lecz w ewidencji czynszów. Elity przeniosą swoje londyńskie przyczółki do prywatnych najemców opłacanych przez spółki offshore — te same osoby, ten sam pusty lokal, tylko drożej. Żaden z tych adresów nie powiększy puli dostępnych mieszkań, za to pogłębi kryzys przystępnego czynszu, bo zasób socjalny skurczy się bez ani jednego nowego lokatora.
