Mieszkańcy jednej z podkatowickich ulic, zmęczeni błotem i kurzem na 200-metrowym odcinku, zaproponowali urzędowi pokrycie połowy kosztów remontu. Urząd odmówił. Nie chodziło o pieniądze — chodziło o to, czym ten odcinek w ogóle jest w świetle przepisów.
Klasyfikacja drogi — publiczna, wewnętrzna, dojazdowa — przesądza o tym, kto może za nią płacić i w jakim trybie. Odmowa nie wynika ze złej woli, lecz z proceduralnej sztywności kategorii, do której ten pas asfaltu został kiedyś przypisany. I właśnie ta sztywność staje się iskrą. Mieszkańcy odwołają się od decyzji, a wraz z odwołaniem rozpoczną spór definicyjny, który szybko przestanie dotyczyć tylko ich bruzdy. W ciągu 2–3 tygodni podobne pytania zaczną napływać z innych gmin — każda z własnym odcinkiem i własną grupą sąsiadów gotowych się dorzucić.
Samorządowe kolegium odwoławcze, zasypane sprawami o klasyfikację drogi, wystąpi o wykładnię do wojewody. Wojewoda — chcąc odciążyć kolegium — wyda interpretację, która de facto usankcjonuje model sąsiedzkiego współfinansowania. Nie dlatego, że ktoś to zaplanował. Dlatego, że procedura nie znosi próżni, a kaskada wniosków wymusi decyzję. Drzwi staną otworem nie dlatego, że ktoś je wyważył, lecz dlatego, że zbyt wielu naraz zapukało. Tłum nigdy nie pcha tam, gdzie się go zaprasza — ale zawsze tam, gdzie powiedziano mu „nie”.
