Remont podstawówki na warszawskim Gocławku nie skończy się we wrześniu. Uczniowie spędzą kolejny semestr na wygnaniu w zastępczych placówkach, choć jeszcze wiosną urząd dzielnicy gwarantował terminowy powrót. Teraz samorząd zrzuca winę na opóźnienia wykonawcy, a zdesperowani rodzice zostają z problemem codziennego dowożenia dzieci do szkół oddalonych o kilometry od domów.

Ratusz, próbując ratować twarz, sięgnie po najprostsze narzędzie gaszenia pożarów wizerunkowych. Urzędnicy zadeklarują uruchomienie specjalnych, dedykowanych linii autobusowych dla poszkodowanych uczniów. Problem polega na tym, że tabor nie rośnie na drzewach. Zlecenia spadną na pobliską zajezdnię Ostrobramska, gdzie braki kadrowe od miesięcy łata się nadgodzinami. Kierowcy, postawieni przed wizją obsługi naprędce skleconych tras i konfrontacji ze sfrustrowanymi rodzicami bez dodatku za warunki szkodliwe, po prostu odmówią przyjęcia kart drogowych.

W ciągu czterdziestu ośmiu godzin związki zawodowe oflagują bramy zakładu, żądając uregulowania statusu „oświatowego transportu kryzysowego”. Spór o niedolaną posadzkę w jednej szkole na Pradze-Południe błyskawicznie powiększy się o groźbę paraliżu komunikacyjnego całej prawobrzeżnej Warszawy. Rządzący miastem dowiedzą się brutalnie, że polityczne obietnice składa się łatwo tylko dopóty, dopóki ktoś inny musi za nie trzymać kierownicę.