Na początku lipca prawnicy z WSB Merito ogłosili na łamach serwisu Prawo.pl kapitulację systemu: polskie przepisy o imprezach masowych nie zawierają konkretnych norm hałasu. Przez lata ten brak limitów oznaczał, że wystarczył jeden telefon zirytowanego sąsiada, by policja zwinęła scenę na podstawie ogólnego przepisu o zakłócaniu spokoju. Festiwal stawał, organizatorzy tracili pieniądze, a obsługa techniczna zjeżdżała do domu bez dniówki. Cała branża funkcjonowała, zdana na urzędniczą uznaniowość i strach przed pierwszym patrolem.

W upalny piątkowy wieczór, 10 lipca 2026 roku, jeden z warszawskich promotorów odwróci role. Zamiast czekać na radiowóz, kierownik sceny sam wezwie straż miejską pod własne głośniki. Obok postawi wynajętego akustyka z certyfikowanym miernikiem i poprosi funkcjonariuszy o sporządzenie protokołu z momentu otwarcia bram. Skoro system prawny nie określa górnego limitu decybeli, urzędowa notatka potwierdzi jedynie stan faktyczny: sprzęt gra punktualnie i zgodnie z wydanym pozwoleniem na imprezę.

Mundurowi, zamiast przerywać wydarzenie, staną się jego urzędową tarczą. Kiedy po zmroku okoliczni mieszkańcy zaczną dzwonić ze skargami na dudniący bas, dyżurny ze spokojem odrzuci wezwania, powołując się na zamkniętą już interwencję i brak podstaw prawnych do podjęcia kolejnej. Muzycy dograją set, kilkudziesięciu ludzi z ekipy technicznej spokojnie zarobi na chleb, a biurokratyczna luka przyniesie wreszcie twardy, miejski rozejm.