W piątek 26 czerwca w Dakarze oenzetowskie biuro do spraw narkotyków przedstawiło raport na rok 2026. Dokument chłodno stwierdza, że Afryka Zachodnia i Środkowa powoli przestaje być wyłącznie szlakiem przerzutowym, a staje się strefą masowej produkcji nowych substancji psychoaktywnych. Tranzyt wymagał jedynie pustych portów i taniej siły fizycznej. Produkcja to zupełnie inna demografia. Wymaga agronomów, technologów i tysięcy sprawnych laborantów.
Tutejsze wydziały chemii co roku wypuszczają roczniki absolwentów, którzy dotąd mieli do wyboru bilet w jedną stronę na Północ albo etat nocnego stróża. Teraz na horyzoncie pojawia się lokalny inwestor z nieograniczonym budżetem. Europejskie instytucje błyskawicznie zrozumieją tę matematykę. W nadchodzącym tygodniu strach przed doskonale wykształconą kadrą afrykańskich karteli wymusi w Brukseli decyzje, o które lokalne rządy bezskutecznie prosiły od dekady.
W ciągu zaledwie kilku dni ruszą gigantyczne, celowe programy badawcze, licytujące stawki dla afrykańskich specjalistów na ich własnej ziemi. W efekcie po raz pierwszy od pokolenia młody rocznik akademicki dostanie twardy, finansowy powód, by nigdzie nie wyjeżdżać. Bez afiszowania się wzniosłymi hasłami, z prozaicznego strachu przed pigułką, państwa europejskie zatrzymają wreszcie zachodnioafrykański drenaż mózgów, oddając tysiącom młodych ludzi godną pracę we własnym domu.
