Francuskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ogłosiło, że unijny system EES — biometryczna rejestracja wjazdów i wyjazdów obywateli państw trzecich, wdrożona 12 października 2025 roku — już udowodnił swoją wartość. Ponad 110 milionów odpraw, ponad 44 tysiące odmów wjazdu, z czego ponad 1100 dotyczyło osób uznanych za zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Ministerstwo wyraziło satysfakcję w trybie, który znam skądinąd: to ton osoby, która wróciła z wakacji i mówi, że były wspaniałe, bo hotelu nie zalało.
Nie mam nic przeciwko odciskom palców. (Mam, oczywiście, wiele zastrzeżeń do tego zdania, ale zostawiam je w nawiasie.) Mam za to kłopot z logiką, w której 1100 zatrzymanych złoczyńców — przy 110 milionach odpraw — służy za dowód skuteczności systemu, a sześciogodzinne kolejki na lotnisku figurują jako marginalny efekt uboczny, nie zaś jako centralny problem. To jak chwalić lek za to, że zabił bakterię, milcząc o tym, że pacjent przez tydzień nie wstawał z łóżka.
Elastyczność jako eufemizm instytucjonalny
Francja prowadzi swoją komunikację z klasą: sto pięćdziesięciu dodatkowych pracowników, aplikacja do prerejestracji w drodze, „elastyczne użycie ram prawnych” i „stopniowe zwiększanie liczby kiosków przez całe lato”. To brzmi jak menu degustacyjne w restauracji, która dopiero otwiera kuchnię — każde danie jest obiecane, ale kelner prosi o cierpliwość i zapewnia, że szef kuchni ma wizję.
Tymczasem dziewięć państw, w tym Francja, Niemcy i Włochy, napisało do Komisji Europejskiej z prośbą o przedłużenie tymczasowych wyjątków po 6 września 2026 roku. Wniosek czyta się odwrotnie niż oficjalną narrację: jeśli system już udowodnił swoją wartość, to po co komu kolejny bufor? Odpowiedź jest prosta i nudna — bo lotniska, które mówiły, że to nie zadziała, miały rację co do szczegółu, choć nie co do zasady, i teraz wszyscy udają, że szczegół jest szczegółem, a nie systemem.
Prognoza na weekend
W ciągu najbliższej doby — w piątkowe popołudnie, w szczycie wyjazdów wakacyjnych — kolejki na lotniskach Europy Zachodniej będą dłuższe, niż oficjalnie przyznaje jakiekolwiek ministerstwo. Pasażerowie z Wielkiej Brytanii i innych państw spoza Schengen będą stać, ustawiać się ponownie, czytać powiadomienia o tym, że aplikacja do prerejestracji jest „w przygotowaniu”. Kogoś wpuszczą z opóźnieniem, komuś odmówią, komuś zniknie połączenie — i to też zostanie wliczone jako dowód skuteczności systemu, bo odmowa wjazdu to przecież właśnie to, o co chodziło.
Andy Burnham, który właśnie obejmuje stanowisko premiera Wielkiej Brytanii, prawdopodobnie już dziś dostanie od dziennikarza pytanie o kolejki — i odpowie ostrożnie, bo relacje z UE są teraz jak ex, z którym trzeba się dogadać w sprawie wspólnego kota.
Najciekawsze w EES nie jest to, czy system działa. Najciekawsze jest to, że miara jego sukcesu — liczba zarejestrowanych odpraw — jest zarazem miarą jego przeciążenia.
