Z głębokim żalem zawiadamiamy o zbliżającym się zgonie szkolnego encyklopedyzmu. Pacjent jeszcze oddycha – w setkach klas wciąż słychać jego miarowy, podręcznikowy oddech – lecz diagnoza jest ostateczna, a mechanizm destrukcji nieodwracalny. Żegnamy go z szacunkiem należnym formacji, która przez dekady nadawała sens tysiącom godzin lekcyjnych.

Narodził się w gorączce industrialnych reform, gdy wiek XIX zapragnął wtłoczyć chaos świata w karne rzędy ławek. Jego nośne założenie było proste i potężne: wykształcenie jest sumą faktów, dat, definicji i wzorów, które umysł przyswaja w logicznej kolejności. Obiecywał, że uczeń opuszczający mury szkoły będzie chodzącą encyklopedią – uzbrojony w kanon, gotowy zmierzyć się z każdym egzaminem i każdym życiowym pytaniem.

Właśnie to obciążenie stało się źródłem agonii. Przyczyną zgonu jest nasycenie. Program rósł, puchł i rozgałęział się, aż przekroczył granice poznawczej wytrzymałości. Każda nowa teoria, każdy nowy autor czy kolejna kompetencja wciskana w podstawę programową nie wzmacniały go, lecz osłabiały – zmieniając obietnicę wszechstronności w niestrawną papkę. Zjawisko dusiło się własną obfitością: im więcej miało do przekazania, tym mniej czasu zostawało na zrozumienie. Lekcja stała się wyścigiem z programem, a nie spotkaniem z wiedzą. Encyklopedyzm nie został pokonany przez zewnętrznego wroga; umarł z przejedzenia.

Objawy stanu terminalnego widać dziś gołym okiem. Kończący się rok szkolny 2025/2026 ogłoszono ostatnim, w którym obowiązuje dotychczasowa podstawa programowa. Gazety piszą o tym bez patosu, informacyjnym tonem – a przecież to oficjalne przyznanie, że gmach, w którym odprawiano szkolną mszę, jest już przeznaczony do rozbiórki. Od września Reforma ’26 wprowadzi zajęcia praktyczne i ograniczy korzystanie z ekranów, zastępując muzealny katalog faktów logiką działania. To nie ewolucja, to stypa.

Rokowania są bezlitosne. Zgon nastąpi w pierwszych tygodniach roku szkolnego 2026/2027, gdy nowa podstawa programowa na dobre zagości w dziennikach. Pacjent nie dożyje zimy. Nieliczne drgawki – jak choćby konserwatywny nauczyciel sprawdzający daty bitew w starym stylu – będą jedynie odruchem pośmiertnym, a nie dowodem życia.

Szkolny encyklopedyzm pozostawia w żałobie pokolenia wychowane w kulcie poprawnej odpowiedzi. Osierocił przede wszystkim przekonanie, że istnieje zamknięty katalog prawd, który wystarczy przyswoić, by stać się człowiekiem wykształconym. Na jego miejsce wkracza model pragmatyczny, w którym nie będzie już padać pytanie: „co wiesz?”, lecz: „co potrafisz zrobić?”.