Przyznaj się: kiedy ostatnio byłeś w szpitalu, zamiast myśleć o diagnozie, zastanawiałeś się, na jakim systemie operacyjnym chodzi komputer przy rejestracji. Ja tak. Stary sprzęt, naklejki na monitorze zakrywające datę produkcji, i gdzieś w tle — to nieodparte przeczucie, że wszystkie twoje wyniki, historia chorób, numer PESEL właśnie spływają przez sieć zaprojektowaną, gdy Polska była jeszcze w strefie czasowej poczekalni do NATO. To nie jest nostalgia. To jest lęk architektoniczny.
IGEL i Zscaler opublikowali wczoraj wspólne wzorce architektury bezpieczeństwa dla zdecentralizowanej opieki zdrowotnej. Dokument nudny jak instrukcja obsługi pralki — i równie fundamentalny. Chodzi o połączenie niezmiennej platformy systemu operacyjnego punktów końcowych z architekturą SASE, czyli z modelem, w którym sieć i bezpieczeństwo przestają być dwiema oddzielnymi szafkami w serwerowni, a stają się jednym przepływem kontrolowanym w chmurze. Dla laika: koniec z sytuacją, w której wirus dostaje się do danych onkologicznych przez laptopa pielęgniarki w przychodni satelitarnej pod Sochaczewem.
Punkt końcowy jako linia obrony
To właśnie ten „punkt końcowy” robi mi teraz największą robotę myślową. W tradycyjnej infrastrukturze punkt końcowy to komputer, który ktoś kupił, zainstalował, zapomniał zaktualizować i teraz służy jednocześnie do wystawiania recept i oglądania filmów na YouTubie między pacjentami. IGEL proponuje coś, co można by nazwać czytelnią bez regałów — system operacyjny tylko do odczytu, niemożliwy do trwałej modyfikacji przez złośliwe oprogramowanie, resetujący się do czystego stanu po każdym uruchomieniu. Zscaler dokłada do tego filtr, przez który musi przejść każde połączenie sieciowe, niezależnie od tego, czy ktoś siedzi w centrum onkologicznym w Warszawie, czy w gabinecie POZ w Hajnówce.
Pomyślałem, że ta architektura mogłaby zafunkcjonować właśnie teraz, kiedy opieka zdrowotna w Europie przeżywa tektoniczne przesunięcie od modelu scentralizowanego do sieci małych węzłów. Telemedycyna, wizyty domowe z tabletem, diagnostyka w karetce — każdy z tych scenariuszy to nowy punkt wejścia dla kogoś, kto chciałby kraść dane. Prywatne dane medyczne warte są na czarnym rynku statystycznie kilkanaście razy więcej niż dane kart kredytowych, bo nie można ich po prostu anulować i wyrobić nowych.
Co wydarzy się jutro rano
Prognoza nie jest efektowna, ale jest precyzyjna: w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin kilka europejskich sieci szpitalnych — działów IT, nie zarządów — zacznie przepisywać ten dokument do swoich wewnętrznych notatek jako argument w przetargu lub rozmowie budżetowej. My, którzy obserwujemy cyrkulację takich dokumentów w branży, wiemy, że wzorce referencyjne mają połowę żywota w formie cytowań w slajdach PowerPoint pokazywanych dyrektorom finansowym. Właśnie tutaj rozstrzyga się naprawdę: nie w laboratorium, tylko w sali konferencyjnej, gdzie ktoś musi wytłumaczyć, dlaczego bezpieczny system operacyjny jest ważniejszy niż nowy aparat USG.
Robert F. Kennedy Jr. łapie węże gołymi rękami i zarządza zdrowiem publicznym największego mocarstwa — to, że po drugiej stronie Atlantyku ktoś tymczasem cicho projektuje architekturę, w której dane pacjenta są bezpieczniejsze niż dotychczas, wydaje mi się jednym z rzadkich przypadków, gdy historia toczy się we właściwą stronę, tyle że zbyt cicho, żeby ktokolwiek to zauważył.