Na Łąkach Nowohuckich, w pierwszą sobotę lipca 2026 roku, ktoś rozstawia namiot przypominający wóz z romskiego taboru. To nie rekwizyt — to całkiem konkretne drewno, prawdziwe dywany i gęsty dym z paleniska, który o poranku snuje się w stronę bloków z wielkiej płyty. Wygląda to tak, jakby z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku urwał się fragment innego kontynentu i osiadł między osiedlem Centrum B a linią tramwajową.
XV edycja Międzynarodowych Dni Kultury Romskiej w Nowej Hucie trwa dwa dni — 4 i 5 lipca. Organizuje ją Towarzystwo Krzewienia Kultury i Tradycji Romskiej, a jubileuszowy program łączy koncerty z warsztatami, wystawami i pokazami rzemiosła. Piętnastoletnia ciągłość to w polskim krajobrazie festiwalowym rzadkość — większość podobnych przedsięwzięć nie dożywa czwartej edycji, bo na kolejną nie udaje się już zdobyć grantu.
Pani w zielonej spódnicy notuje
Za trzy tygodnie, w trzeci wtorek lipca, spotkam w bibliotece Instytutu Etnologii w Krakowie Joannę Wrońską-Kędzior — doktorantkę, która od czterech lat zbiera materiały do pracy o strategiach pamięci kulturowej mniejszości romskiej w południowej Polsce. Wrońska-Kędzior ma zwyczaj zakreślania kółkiem tych festiwali, które przetrwały przynajmniej dekadę. W jej notesie takich kółek jest niewiele.
Pojawi się na Łąkach z dyktafonem i wrażeniem, że już kiedyś tu była — i rzeczywiście, odwiedziła to miejsce dwa lata temu, podczas trzynastej edycji. Zapamięta tę samą starszą kobietę przy stoisku z biżuterią, tę samą czerwoną bransoletkę z koralików i tego samego mężczyznę, który stroi gitarę kwadrans po wyznaczonym czasie. (Piętnastominutowy poślizg jako konwencja estetyczna — tego Wrońska-Kędzior jeszcze nie skatalogowała, choć ma już na ten temat osobny rozdział w głowie).
To, co dostrzeże i czego nie zawrze wprost w rozprawie doktorskiej, stanowi istotę tego, co festiwal robi z miastem przez kolejne tygodnie.
Nowa Huta jako przypadkowe laboratorium
Nowa Huta to miejsce, które przez dziesięciolecia uczyło się przyjmować to, czego oficjalnie nie zapraszano. Budowano ją jako socjalistyczne miasto bez Boga — a kościół wyrósł. Projektowano ją bez centrum — a ono ukształtowało się samo, niemal przypadkowo. Romowie w Małopolsce mają długą historię, która rzadko trafiała do oficjalnych narracji o dzielnicy. Łąki Nowohuckie przez ostatnie piętnaście lat stały się rodzajem umownego przystanku, na którym ta historia co roku materializuje się pod postacią kilku godzin muzyki i dwóch stolików z wyrobami ze skóry.
To nie sentyment — to logistyka pamięci. Żywy festiwal okazuje się tańszy i skuteczniejszy od pamiątkowej tablicy.
Trzeci weekend lipca, godzina osiemnasta
Pod koniec lipca 2026 roku, kiedy festiwal będzie już tylko wspomnieniem, do organizatorów zadzwoni ktoś z samorządu w okolicach Bochni. Zapyta, czy program dałoby się „przenieść” na tamtejsze dożynki w sierpniu — bo widzieli zdjęcia, bo to takie „barwne”, bo mają wolną scenę. Organizatorzy odpowiedzą grzecznie, że to skomplikowane, i przez kilka minut będą tę myśl rozwijać. Zapewne nic z tego nie wyjdzie, ale sam telefon to gest wart odnotowania: ktoś zobaczył kulturę romską i pomyślał o niej jak o folklorystycznej atrakcji do wypożyczenia. To zarazem forma uznania, jak i niezrozumienia — w proporcjach trudnych do rozdzielenia.
Joanna Wrońska-Kędzior zapisze tę anegdotę, kiedy tylko o niej usłyszy. Otoczy ją kółkiem w notesie, ale użyje do tego innego koloru.
Dym ciągnie w stronę bloków
W niedzielę wieczorem, gdy ostatni koncert dobiegnie końca z godzinnym opóźnieniem względem harmonogramu, a stragany zaczną powoli znikać, na łące pozostanie zapach dymu i trawa udeptana na tyle mocno, by jeszcze tydzień później widać było ślad po namiocie.
Mężczyzna z gitarą zamknie instrument w futerale na klamrę, która nie domyka się do końca — i tak już od kilku lat. Wrońska-Kędzior wsiądzie w tramwaj jadący do centrum i przez całą drogę będzie patrzeć w okno, nie robiąc żadnych notatek.
Trawa odrośnie przed końcem miesiąca.
