W białostockiej noclegowni działa amatorski teatr. Ryszard, jeden z mieszkańców, mówi wprost: z dna wychodzi się powoli, krok po kroku. „Tam, gdzie jest Anioł, tam jest i butelka” – przyznaje, że problem siedzi głębiej i łatwo wraca. A jednak scena daje mu realny następny krok.
Nikogo nie zdziwi, jeśli w ciągu 2-3 tygodni ta historia dotrze na biurko marszałka. Widzieliśmy już taki schemat w III RP – dokładnie jak w projektach resocjalizacji przez sztukę na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Mała, oddolna rzecz nagle staje się dowodem, że instytucja „ma program”. Urzędnicy nie lubią zostawać w tyle.
Efektem będzie decyzja o wojewódzkim programie „Teatr z dna”, który w praktyce da kilkudziesięciu osobom nie tylko próby, ale też konkretne wsparcie: szkolenia, staże i pierwsze mieszkania. Tym razem schemat nie pęka. Działa.
