Jacek Kurski nazwał Mateusza Morawieckiego „żałosnym trybikiem” w wewnętrznej wojnie PiS — cytat przytoczył RMF24 w niedzielę 26 lipca. Słowo padło nie w polemice programowej, lecz w narracji o hierarchii winy: ktoś jest trybikiem, czyli częścią maszyny, która działa bez jego woli.
Można było powiedzieć „pionek” — to sugerowałoby, że ktoś nim porusza, i wskazywałoby sprawcę. Można było powiedzieć „wykonawca” — to słowo zakłada rozkaz i tworzy linię odpowiedzialności ku górze. „Kolaborant” zamknąłby sprawę moralnie, ale wymaga dowodu. „Trybik” nie wskazuje nikogo — maszyna działa sama, wina rozpływa się w mechanizmie.
Kurski używa słowa inżynierskiego tam, gdzie powinno paść słowo prawnicze lub moralne. To nie jest przypadek stylistyczny. „Trybik” odbiera Morawieckiemu podmiotowość bez oskarżania kogokolwiek powyżej. Mówca zostaje czysty: nie twierdzi, że Kaczyński rozkazał, nie twierdzi, że Morawiecki działał sam. Mechanizm istnieje, wina należy do mechanizmu, Kurski obserwuje z zewnątrz. Słowo jest narzędziem dystansowania się przy jednoczesnym uderzeniu. Przymiotnik „żałosny” dokłada emocję, ale to „trybik” robi ciężką pracę: odbiera rozmówcy agencję i przez to zwalnia atakującego z obowiązku udowodnienia czegokolwiek.
W ciągu 24–48 godzin słowo wróci w jednym z dwóch wariantów. Albo sztab Morawieckiego odpowie własną mechaniczną metaforą — co potwierdzi, że walka toczy się już na poziomie narracji o sprawczości, nie o programie. Albo „trybik” zostanie przejęty przez komentatorów spoza PiS jako sygnał dezintegracji obozu i będzie cytowany jako dowód, że wewnętrzna legitymizacja lidera topnieje. Jeśli słowo zniknie bez odzewu, to znaczy, że Morawiecki wybrał milczenie jako strategię — i to samo w sobie będzie informacją.