Przepis wchodzący w życie w środę ma oczywistą rację bytu — oszczędza obywatelowi wizyty w wydziale komunikacji z fizycznym dowodem rejestracyjnym. Rzeczpospolita przedstawia to jako krok ku cyfryzacji. Równocześnie jednak znika ostatni moment urzędowego, namacalnego sprawdzenia, czy auto sprzedawane jako bezwypadkowe nie nosi śladów poważnej kolizji. Oświadczenie pod rygorem karnym brzmi dobrze, ale rynek aut używanych zna lepiej.
Na to czekała wąska grupa rzeczoznawców, którzy swoje szlify zdobywali w połowie lat 90., kiedy to na giełdach w Poznaniu i pod Warszawą kwitł handel autami „prosto z Niemiec” o niejasnej historii. Wtedy mówiło się o nich „strażnicy kół” — półoficjalni eksperci, którzy za kilkaset złotych potrafili rozpoznać szpachlę pod świeżym lakierem. Większość z nich zniknęła z rynku, gdy pojawiły się bazy danych szkód, ale pamięć instytucjonalna przetrwała.
Całkiem prawdopodobne, że w ciągu tygodnia jedna z dużych platform sprzedaży aut ogłosi pilotaż usługi „zweryfikowanego oświadczenia” — we współpracy właśnie z emerytowanym „strażnikiem kół”, dziś konsultantem, którego podpis ma na rynku mocniejszą wagę niż pieczątka diagnosty.
