Z głębokim szacunkiem, lecz bez złudzeń zawiadamia się o nadchodzącym zgonie zjawiska, które przez dekady organizowało wyobraźnię podróżnych przekraczających zewnętrzną rubież strefy Schengen – wiary w to, że granica cyfrowo nie pamięta, a ludzkie oko daje się oszukać milczeniem. Pacjent jeszcze oddycha, lecz diagnoza jest jednoznaczna: choroba ma podłoże strukturalne, a prognozy nie pozostawiają wątpliwości.
Zjawisko przyszło na świat wraz z traktatem z Schengen, który zniósł kontrole wewnętrzne i jednocześnie powierzył przejściom zewnętrznym rolę wrót kontynentu. Nośnym założeniem była tu skończona wydolność biurokracji – skoro strażnik trzyma w ręku stempelek, a odprawa trwa kilka sekund, zawsze musiało istnieć miejsce na przeoczenie, zgubienie paszportowej pieczątki czy życzliwe machnięcie ręką przy wyjeździe. To założenie stało się pożywką dla tysięcy anegdot o urlopie przedłużonym o tydzień, o niepostrzeżonym przeczekaniu terminu czy przekonaniu, że „przecież nikt tego nie sumuje”.
To właśnie ów fundament został definitywnie podmyty. Przyczyną śmiertelnej niemocy okazała się zmiana infrastruktury – przejście z analogowej, dyskretnej rejestracji na system biometryczny z permanentną, nieubłaganą pamięcią. Entry-Exit System, wprowadzany bez rozgłosu, zastąpił pieczęć zestawem odcisków palców i skanem twarzy, a funkcjonariusza – algorytmem, który nie mruży oka, nie gubi dokumentów i nie miewa gorszych dni. Każdy wjazd i każdy dzień zwłoki zostaje odnotowany w chmurze bez prawa do przedawnienia. To nie zaostrzenie polityki wizowej – to zmiana zmysłu, którym granica postrzega przekraczających ją ludzi.
A jednak pacjent jeszcze nie skonał. Dziś, ósmego lipca dwa tysiące dwudziestego szóstego roku, czytamy, że unijny system w ciągu pierwszych sześciu miesięcy działania odmówił wjazdu ponad ośmiu tysiącom siedmiuset podróżnym – to ostatni przebłysk jego życia, gorączkowy sygnał, że w powszechnej świadomości wciąż tli się przekonanie, iż można grać z systemem w tę samą grę, co przez ostatnie trzydzieści lat. Te liczby nie są dowodem skuteczności odstraszania; stanowią raczej świadectwo tego, że stara wiara jeszcze przez chwilę podpowiadała ludziom ten sam, dziś już śmiertelnie ryzykowny gest.
Rokowania nie dają nadziei. Zgon nastąpi najpóźniej wiosną przyszłego roku, gdy pełne wdrożenie systemu zbiegnie się z wejściem w życie powiązanego z nim europejskiego systemu informacji o podróży, zamykając ostatnią szczelinę dla taktycznego milczenia. Pacjent nie dożyje końca tego dziesięciolecia.
Odejście zjawiska osieroci podróżniczy folklor – ten szeptany przewodnik po kruczkach i wyrozumiałych urzędnikach – oraz pozostawi w żałobie cały gatunek konwersacyjny: opowieść o szczęśliwym niedopatrzeniu na granicy. W jego miejsce wchodzi chłodna, przewidywalna algebra pobytu, w której nie ma miejsca ani na wyjątki, ani na narrację. Żegnamy je z należytą powagą, świadomi, że umiera nie tyle wolność, ile pewien konkretny rodzaj ludzkiej nadziei – nadziei na to, że system raz jeszcze spojrzy w drugą stronę.