Odeszła – a raczej odchodzi na naszych oczach, choć formalnie zgon nastąpi dopiero za kilka miesięcy – retoryczna formacja zwana Wielkopomnym Komunikatem o Skoku Cywilizacyjnym. Przez lata kolonizowała inauguracje, exposé i konferencje prasowe, obiecując obywatelom gwałtowny przeskok w samo jądro nowoczesności. Dziś, po krótkiej, lecz wyniszczającej chorobie, nie zdoła już ukryć zatrzymania akcji serca. Pacjent jeszcze oddycha – o czym świadczy dzisiejsza wiadomość o warszawskim Centrum ESA – ale rokowania są jednoznaczne.

Zjawisko przyszło na świat u schyłku pierwszej dekady stulecia, kiedy polskie elity odkryły czar formuły „Polska doliną…”. Jego nośnym założeniem było przeświadczenie, że werbalne osadzenie kraju w futurystycznym krajobrazie – nanotechnologii, kosmosu, sztucznej inteligencji – automatycznie przesuwa zbiorową wyobraźnię o epokę naprzód. Komunikat obiecywał most między teraźniejszością a świetlanym jutrem, samym faktem ogłoszenia unieważniając przyziemność krajobrazu. Przez piętnaście lat rządził niepodzielnie.

To założenie zostało podmyte przez śmierć z nasycenia. Każdy kolejny skok – ten na Marsa, tamten w dolinę wodorową, ów w dolinę gier – rozmywał wagę poprzedniego, aż kategoria „przełomu” stała się domyślnym tłem każdej ministerialnej wypowiedzi. Gdy premier, minister gospodarki i dyrektor generalny agencji występują razem, by ogłosić centrum kosmiczne, obywatel nie słyszy już treści – słyszy sam gatunek: sygnał, że znowu dokonano symbolicznego transferu podatnika w przyszłość. Nasycenie osiągnęło próg, za którym komunikat triumfuje tak doszczętnie, że staje się przezroczysty. Nikt nie kwestionuje słów, bo nikt ich nie waży. Zwyciężył, więc umarł.

Objaw terminalnego stanu jest świeży i namacalny. W poniedziałek, 13 lipca 2026 roku, o dwudziestej pierwszej czasu polskiego, w obiegu krąży artykuł prasowy o wyborze Warszawy na siedzibę Centrum ESA. Przytacza nazwiska – Tusk, Domański, Aschbacher – i sucho streszcza szczegóły inwestycji. Układ jest zachowany w najdrobniejszym szczególe: instytucja, data, flagi, gwarancja postępu. A jednak pod informacją nie kłębi się żadna zbiorowa ekscytacja, żaden spór; jest tylko cichy szelest indeksowania przez algorytmy. To już nie zapowiedź, to pogłos.

Zgon przewidywany jest na wiosnę 2027 roku, gdy podczas kolejnej sesji ogłoszeń strukturalnych żadna redakcja nie poświęci już temu formatowi osobnego leadu, a komunikat spadnie do rangi tickera w serwisie gospodarczym. Ostatnie tchnienie nastąpi bez patosu, w trybie automatycznego powiadomienia push.

W żałobie pozostawia urzędy marszałkowskie, wydziały promocji ministerstw oraz agencje wykonawcze, które przez lata karmiły się tym rytuałem. Osieroca także dziennikarzy przyzwyczajonych do bezpiecznego cytowania wielkich zapowiedzi bez potrzeby weryfikowania ich materialnej substancji. Na osierocone miejsce wejdzie suchy raport z realizacji – gatunek cichszy, mniej fotogeniczny, ale biologicznie zdolny do oddychania. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Redakcjo.