Realna stawka tej inwestycji – przywrócenie centrum kampusu pieszym, rowerzystom i zieleni – znajdzie swoje rozstrzygnięcie nie w budżecie, lecz w komisji nomenklaturowej. Procedura wymaga, aby przed złożeniem wniosku o pozwolenie na budowę uczelnia złożyła wniosek o interpretację pojęciową do Senatu. Pytanie brzmi: czy obiekt przy Alei Roździeńskiego to „wielopoziomowy parking”, czy raczej „wielopoziomowa zielona przestrzeń z dopuszczalną funkcją postoju”. Od decyzji zależy wskaźnik powierzchni biologicznie czynnej, który – jeśli przyjąć drugi wariant – wymusi głęboką przebudowę projektu: zamiast betonowych ramp pojawią się tarasy z nasadzeniami i ogrody wertykalne.
Spodziewany łańcuch uzgodnień ciągnie się od Senatu, przez radców prawnych, aż po wojewódzkiego konserwatora przyrody, który – poproszony o opinię – może odmówić, ponieważ rzeczownik „ogród” nie występuje w jego ustawowych kompetencjach. Przeciąganie liny między Działem Inwestycji a Działem Zieleni trwa.
Paradoksalny, lecz korzystny skutek: zanim ktokolwiek podpisze dokumentację, każda ze stron uprawomocni własną definicję, w wyniku czego miasto otrzyma hybrydę – pięciokondygnacyjny „parkingopark” z przewagą drzew i ścieżek rowerowych. To przypadek, w którym aparat pojęciowy, zwykle wrogi życiu, tym razem odda przestrzeń mieszkańcom – bo musi być zgodny z własną nomenklaturą.
