Część polskich gmin prowadzi programy dofinansowania budowy przydomowych oczyszczalni ścieków — pokrywające nawet do 70 procent kosztów, choć zazwyczaj nie więcej niż kilkanaście tysięcy złotych. Brzmi prosto: złóż wniosek, spełnij warunki, odbierz pieniądze. Koszt samej inwestycji wynosi od 15 do 25 tysięcy złotych, więc gra jest warta zachodu, a zainteresowanie — jak łatwo się domyślić — niemałe.
Szambo kosztuje na początku mniej, ale potrafi pożreć od 3 do 6 tysięcy złotych rocznie na wywóz nieczystości. Kto przeliczy to choćby pobieżnie, natychmiast skłania się ku oczyszczalni. Ponieważ jednak podobne obliczenia przeprowadzi kilkaset rodzin jednocześnie, już w ciągu najbliższych dwóch dni — gdy tylko kolejny sierpniowy numer lokalnej gazety dotrze do skrzynek — urzędy gminne przyjmą więcej wniosków, niż przewidziano miejsc w programie. To nie przepowiednia, lecz stały schemat: każdy nabór w każdej gminie, która w ostatnich latach ogłosiła podobny program, zamykał się w ciągu tygodnia, a lista rezerwowych przechodziła na następny rok budżetowy.
Prawdziwy problem nie polega zatem na tym, kto dostanie dotację (tu wygrają najszybsi), lecz na tym, co zrobią ci, którym urząd jej odmówi. Gminy, które ze względu na plany budowy sieci kanalizacyjnej zabroniły budowy stałych szamb, a jednocześnie wyczerpały limit dopłat, staną przed petentami bez żadnej legalnej alternatywy (pozostanie im zaoferować jedynie tymczasowe szambo, zakaz budowy oczyszczalni i brak jakichkolwiek środków). Niektóre z tych samorządów odkryją przy okazji, że owa planowana sieć kanalizacyjna figuruje w dokumentach z 2019 roku, a od tamtej pory w jej sprawie nie wydarzyło się absolutnie nic.
